W latach 60. i 70. XX wieku Annę Güntner oglądała cała Polska. Roman Załuski wyreżyserował film Anatomia miłości na podstawie scenariusza Ireneusza Iredyńskiego. Przyszli kochankowie, grani przez Barbarę Brylską i Jana Nowickiego, spotykają się właśnie w scenerii galerii z obrazami krakowskiej artystki. Wystawa obrazów Anny Güntner „zagrała” także w sławnym filmie Jowita Janusza Morgensterna na podstawie powieści Disneyland Stanisława Dygata. Miejscem, w którym eksponowano utrwaloną w filmie wystawę, była wówczas świeżo otwarta przestrzeń Pawilonu Wystawowego BWA, czyli dziesiejszego Bunkra Sztuki. Wśród gości wernisażu, na zawsze obecnego w filmowych kadrach Jowity, można dostrzec ówczesne ważne postacie polskiej literatury i sztuki: pisarza Stefana Otwinowskiego, znakomitego scenografa i karykaturzystę Andrzeja Stopkę. Mignął profil malarza Czesława Rzepińskiego, rektora Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Byłoby nietaktem towarzyskim nie spotkać się na wernisażu wystawy Anny Güntner.
Anna Güntner (1933-2013) „Zwiastowanie”, 1969 rok, źródło: własność prywatna
Dlaczego tak była potrzebna ta trochę wyidealizowana wizja czystej młodości? Obrazy malarki, akty młodych dziewcząt, półakty chłopców i ich postacie odziane w eleganckie garnitury, w scenerii starych przedmiotów użytkowych, wracających do łask w odradzającym się społeczeństwie, to nie fantasmagoryczna mrzonka, lecz artystyczna wizja duchowego wnętrza młodych, urodzonych tuż po II wojnie światowej. Ich ufne oczy, które nie widziały okropieństw wojny, ich czyste twarze, jeszcze nie zapisane ołówkiem czasu, ich idealne ciała – wszystko to niosło jakąś nadzieję w czasach, które nie mogły być najlepsze. Nadzieję. Jaką nadzieję? Nadzieję wyjazdu na Zachód, a może nadzieję na wielką, piękną, prawdziwą miłość. Nadzieja czy złudzenie? Jak zwał, tak zwał. Malarstwo Anny Güntner tchnęło spokojnym optymizmem. W roku 1963, kiedy Anna Güntner, osiadła w Krakowie poznanianka, miała pierwszą swoją wystawę indywidualną w Los Angeles, byłaby w kraju osamotniona jako surrealistka, gdyby nie mistrz onirycznych wizji Kazimierz Mikulski, który jednak specjalnie się nie afiszował, działając jako oryginalny scenograf w Teatrze Groteska i aktor Teatru Cricot 2. Polscy surrealiści, zgrupowani pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku wokół Henryka Fantazosa wówczas dopiero rozpoczynali studia w krakowskiej ASP. Malarka działała sama, z dala od grup, w latach 1959–1984. Co stało się potem?
Anna Güntner (1933-2013) „Bezwietrzny dzień”, 1967 rok, źródło: Desa Unicum
Anna Güntner (1933-2013) „Bez tytułu”, 1958 rok, źródło: Desa Unicum
To tajemnica. Ćwierć wieku intensywnej działalności twórczej, aż tu nagle, bez wcześniejszych znaków, przerwana praca nad malowanym obrazem, i już –koniec. Anna Güntner usunęła się z życia artystycznego, żyła niejako w cieniu jeszcze przez trzydzieści lat. Nie potrzebowała kontaktów. Przenikliwa, nie musiała intuicyjnie wyczuwać, że wokół, pośród medialnego szumu i wrzasku, z współcześnie uprawianej sztuki wyciekła dusza. Czy złamała pędzel? Raczej chroniła owoce wrażliwości przed rozhasanym tłumem. Jej obrazy można było oglądać w muzeach. Nie wystawiała. Zrobiła w roku 2005 wyjątek dla krakowskiej Galerii „Artemis”. Po blisko czterdziestu latach od przejścia Anny Güntner (1933–2013) w stan, powiedzmy, twórczego spoczynku, gdy na przełomie lat 2021 i 2022 trwała wielka retrospektywna wystawa, przybliżająca twórczość i postać nieżyjącej malarki poprzez ekspozycję w katalogu stu czterdziestu siedmiu obrazów i wystawienie pokaźnej ilości płócien, przywiezionych z muzeów i światowych kolekcji do Galerii Nowohuckiego Centrum Kultury, zetknąłem się na portalach społecznościowych z głosami ludzi, często młodych, podważającymi oryginalność twórczości Anna Güntner…. a co za tym idzie – ich wartość. Dlaczego tak mogło się stać?
Anna Güntner (1933-2013) „Pokazy lotnicze”, 1970 lub 1974 rok, źródło: Bukowskis
Anna Güntner (1933-2013) „Siesta”, 1976 rok, źródło: Sopocki Dom Aukcyjny
Dzisiaj, gdy realizm magiczny nad Wisłą stał się towarem łatwo dostępnym, gdy wystarczy, żeby w miarę sprawny malarz umieścił stół na obłoku, a obłok na przykład w spodniach, istotnie nie bardzo mogą zadziwiać subtelne, w treści i formie poetyckie, malarskie erotyki. Trzeba jednak wiedzieć, że te duże, harmonijne kolorystycznie kompozycje, malowidła zalecające się gładką powierzchnią, tworzone bez stosowania jakichkolwiek efektów fakturalnych, jakże się w latach 60. i 70. XX w. odbijały od grubo malowanych, z zastygłymi grudami farby, płócien kapistów, polskich kolorystów, którzy, obok abstrakcjonistów i malarzy materii, tworzyli od kilkunastu lat rząd dusz zarówno w polskim malarstwie, jak i szkolnictwie artystycznym. Nie wiem, co mogła mówić o precyzyjnie malowanych obrazach Anny Güntner profesor Hanna Rudzka-Cybisowa, co sądził o tych dziwnych wówczas i odważnych płótnach profesor Czesław Rzepiński, oboje zagorzali kapiści z przedwojennym paryskim stażem, wiem jednak, ze cenił je wybitny malarz, odporny na mody i tendencje, profesor Zbigniew Pronaszko, u którego artystka zrobiła dyplom po pięciu latach studiów w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w roku 1958. Tak, rok 1958, parę lat po październikowej odwilży, z którą socrealizm spłynął do rynsztoka historii, to był czas dobry dla wolnej sztuki w Polsce. Ambitne, świeże malarstwo znad Wisły przekraczało wszelkie granice. Prace Anny Güntner dały się zauważać jako niepowtarzalne już w rok po dyplomie, artystka dużo malowała i wystawiała. Były to jednak wciąż ekspozycje zbiorowe w Polsce. Nie wiem, czym można tłumaczyć fakt, że pierwszą indywidualną wystawę miała, jak wspomniałem, w Los Angeles w roku 1963. Wiadomo, dostrzeżona dwa lata wcześniej na wystawie polskiego malarstwa w Galerii Charpentier w Paryżu, via Europa Zachodnia trafiła do marchandów za oceanem. Co nie oznaczało zerwania kontaktów nadsekwańskich: w 1964 roku otrzymała stypendium artystyczne rządu francuskiego. W 1979 stypendium Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku. Czy jej obrazy były zjawiskiem?
Anna Güntner (1933-2013) „Trening”, 1980 rok, źródło: Sopocki Dom Aukcyjny
Ktoś może powiedzieć, że świat już widział niezwykłe zestawienia ludzi, pejzaży i rzeczy na płótnach Magritte’a, Dalìego, Delvaux, a Polska widziała Linkego, Mikulskiego, Jerzego Krawczyka i wstępującego dopiero Zdzisława Beksińskiego, toteż specjalnej oryginalności w obrazach krakowskiej malarki nie ma, a jednak w jej kompozycjach, zbudowanych na utartych drogach figuratywnego surrealizmu, jest coś, co nakazuje postawić tę twórczość nie za wymienionymi sławnymi, lecz obok, tuż przy nich. Z jakiej racji? Ano z takiej, że w tym malarstwie tkwi autentyczny duch, który istnieje obok sztuczek technicznych, nawet obok anegdoty. To on sprawia, że te duże płótna przyciągają tym, co w XIX wieku monachijscy mistrzowie malarstwa, pochodzący zresztą z różnych krajów, z różnych kręgów kulturowych, nazywali stimmung. Stimmung – nastrój. Coś, co nie będąc blichtrem, bierze w posiadanie zauroczonego widza. Anna Güntner nie przestawała być modna. Mam wrażenie, że inteligencji była potrzebna jak sól sztuka figuratywna; przecież od październikowej odwilży mijały lata, a w salach wystawowych królowała wyzwolona sztuka abstrakcyjna, kapiści nie złożyli broni, nadal wystawiali rozmazane pejzaże i nudne martwe natury, legitymując zacnymi nazwiskami te malowidła jako najwybitniejsze dzieła sztuki, największą awangardą było nad Wisłą przeflancowane z Włoch i Francji malarstwo materii, złożone z wtopionych w obraz zużytych i zardzewiałych przedmiotów powszechnego użytku. A w przypadku Güntner: odwaga, niechodzenie w ordynku, w rezultacie czystość rysunku, przejrzystość formy, jasność prostej myśli. Obrazy apoteozą młodej miłości, pierwszego związku kobiety z mężczyzną.
Anna Güntner (1933-2013) „Tajny obiekt”, 1965 rok, źródło: Sopocki Dom Aukcyjny
Anna Güntner (1933-2013) „Pierwszy taniec”, źródło: Desa Unicum
Wracam do niedawnej, wspomnianej tu wystawy. W jej katalogu zachowało się kolorowe zdjęcie tajemniczego obrazu. Płótno Anny Güntner, przedstawiające parę w objęciach, nie ma ani tytułu, ani daty. Nie udało się odszukać tego obrazu, nie znamy jego wymiarów. Domyślam się, że ten soczysty kolorystycznie obraz, różniący się bogactwem walorów od większości płócien artystki, harmonijnych i spokojnych w warstwie malarskiej, należy do jej najwspanialszych dzieł. Młoda naga kobieta, w ujęciu do bioder, stoi w zdecydowanych objęciach mężczyzny w ciemnej marynarce i zwróconego do niej twarzą. Jego twarzy nie ma dla widza, widz stoi twarzą w twarz z obejmowaną. Ona patrzy wprawdzie w bok, zajęta bardziej duszą niż ciałem, więc zamyślona, absorbuje jednak mnie, który stoję przed obrazem, przed emanująca z niego prywatnością, chętnie bym już nie patrzył, odszedłbym, gdyby nie… właśnie, gdyby nie świadomość, że to obraz. Sztuka. Kunst. Coś sztucznego. A jednak, nie bardzo chce się wierzyć, że się nie wtargnęło w czyjąś prywatność. Dlaczego? Właśnie. Otóż wszystkie malowane z czułą pieczołowitością liczne, pojedynczo rozsiane drzewa w pejzażu za parą w objęciach straciły pion. Kochankowie stoją jak pan Bóg przykazał, pionowo, drzewa natomiast rosną ukośnie. Co się stało? Trzęsienie ziemi? Fenomenalna kompozycja; punkt wyjścia do onirycznej powieści, przed którą padną na kolana wyznawcy i praktycy kreacjonizmu. Wybitne osiągnięcie. W może nie przerażającej, ale głęboko przejmującej Katastrofie młoda para – on w uroczystym garniturze, ona naga, z przytrzymywaną dłońmi wytworną torebką na kolanach – siedzą we wnętrzu samochodu. O tym, że odbywają ostatnią podróż, świadczy obrócenie pejzażu i horyzontu o 180 stopni. Oczywiście poza przesłaniem i wartościami formalnymi kompozycji każdy obraz Anny Güntner jest świadectwem benedyktyńskiej cierpliwości malarki, precyzji pędzla, wreszcie czystości myśli. Na płótnie Bezwietrzny dzień dwie nagie postacie stoją pogrążone do połowy w wodzie jeziora. Jej odbicie w wodnej tafli przedstawia jego, jego odbicie przedstawia ją. We wczesnorenesansowych pejzażach pojawiają się dwudziestokrotnie powiększone młynki do kawy, lampy naftowe, samowary, lornetki, lustrzanki, maszyny do pisania, niewypały. Stare aparaty telefoniczne w tym świecie snu znajdują porozumienie z karoseriami nowoczesnych limuzyn, nikogo już nie dziwi, że piękna naga kobieta, tylko w białych, zapewne ślubnych bucikach lewituje nad nocną, częściowo uśpioną metropolią. Somnambuliczne Tango z zapamiętanym na długo wyrazem twarzy młodych tańczących, przyłapanych na intymności, sama wrażliwość i przecudnie namalowane plecione oparcie krzesła w Nieśmiałym narzeczonym, nastrój wywołany aksamitną harmonią przyrody w dymnym z lekka oświetleniu walczy o lepsze z drapieżną erotyką w płótnie Gambit. Jest w dziełach plastycznych Anny Güntner ślad siostrzanej duszy z poezją Wisławy Szymborskiej: siła decyzji twórczej, lekki uśmiech, wreszcie ta ściśle wymierzona dawka przewrotności, która tylko poprawia smak prawdy.
Anna Güntner (1933-2013) „Bez tytułu”, 1978 rok, źródło: Desa Unicum
Źródła:
-
Anna Güntner. Malarstwo. Polsko-angielskie wydawnictwo albumowe z reprodukcjami malarstwa artystki oraz komentarze krytyczne Ewy Kuryluk, Andrzeja Banacha, Tadeusza Nyczka, Janiny Górki-Czarneckiej, Tadeusza Ryłko. Wydawcy: Nowohuckie Centrum Kultury i Galerii Sztuki Artemis w Krakowie. Kraków 2022
Autor: Marek Sołtysik
Prozaik, poeta, dramaturg, krytyk sztuki, edytor, redaktor, artysta malarz i grafik, ilustrator, był pracownikiem w macierzystej Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, w której ostatnio sporadycznie wykłada. Od roku 1972 publikuje w prasie kulturalnej. Autor kilkudziesięciu wydanych książek oraz emitowanych słuchowisk radiowych, w tym kilkunastu o polskich artystach, prowadzi także warsztaty prozatorskie w Studium Literacko-Artystycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Ulubiony artysta: Rafał Malczewski.
zobacz inne teksty tego autora >>













Dziękuję za piękny artykuł. Znałam malarkę, miałam takie szczęście
Była niezwykła, delikatna, czuła,wspaniała
Czasem wydawało mi się, że twórczość K.Mikulskiego Ją przytłoczyła, a może to samo życie.
Dziękujemy za koemntarz i podzielenie się osobistą historią i refleksją. Pozdrawiamy!