Cenił twórczość Cypriana Kamila Norwida, ale tylko do momentu, kiedy poznał autora. W paryskiej norze, której brud harmonizował z niechlujstwem odzieży Norwida, budził w nim odrazę bezzębny autor Promethidiona, zwłaszcza że „gwizdał przeraźliwie mówiąc i ział napojami wyskokowymi”. Jan Rosen (1854–1936), malarz, który nie musiał sprzedawać swoich obrazów, a i tak chętnie je kupowano, podziwiał ludzi pięknych fizycznie (m.in. cara Aleksandra III, dla którego malował), piękne wierzchowce, piękne mundury, piękne wnętrza, dlatego żal mu było, gdy ktoś inny to piękno niszczy. Do Norwida więc miał pretensje o to, że poeta, rysownik i malarz rozpił wartościowego człowieka i artystę, który mógł zajść daleko, Pantaleona Szyndlera, autora pysznego aktu W kąpieli. Szyndler długo nie zabawił w Paryżu, po licznych atakach delirium tremens zmarł z zakładzie dla obłąkanych w Częstochowie.

Stop! Zakończenie informacji pochodzi ze Wspomnień Jana Rosena, spisanych przez Annę Leo i wydanych jeszcze za życia autora. Prawda jednak jest taka, że Szyndler, który namalował boleśnie realistyczny, świetny portret Norwida, owszem, w Częstochowie żył długie lata i malował obrazy dla klasztoru jasnogórskiego, lecz umarł w Warszawie, gdzie potem mieszkał. Rosen miał więc przesadzone wiadomości z Częstochowy, miasta, w którym jego teść, Bernard Hantke, założył potężną Hutę Częstochowa.

Pracownia artystyczna Jana Rosena, Monachium, 1889 rok, fot. Carl Teufel, źródło: Bildarchiv Foto Marburg (porta-polonica.de)

Pracownia artystyczna Jana Rosena, Monachium, 1889 rok, fot. Carl Teufel, źródło: Bildarchiv Foto Marburg (porta-polonica.de)

Czy twierdzę, że pewna powierzchowność oglądu i sądu odbija się w twórczości plastycznej Rosena? Niekoniecznie, choć być może. Pozostańmy przy tym, ze Jan Rosen lubił wszystko, co piękne, schludne i niebiedne. Z rodziny warszawskich bankierów, z bogatej burżuazji, z dziadem po kądzieli, z rodu Leo, kawalerem Legii Honorowej od Ludwika Filipa, znakomitym lekarzem, z uczonymi, dyrygentem i artystkami śpiewaczkami, był dzieckiem z dala od życia trzymanym. Po warszawskich zamieszkach w 1861, będących sygnałem do przygotowań powstania styczniowego, rodzina Rosenów przeniosła się – dla bezpieczeństwa – do Wrocławia. Chłopiec obserwował świat przez okno, a co było za oknem: parady wojskowe. Zafascynowany, zaczął je rysować… i nie wyczerpie tego tematu aż do końca swych dni.

Jan Rosen (1854 - 1936) "1. Pułk Szwoleżerów-Lansjerów Gwardii Cesarskiej", 1924, źródło: Salon Dzieł Sztuki Connaisseur

Jan Rosen (1854 – 1936) „1. Pułk Szwoleżerów-Lansjerów Gwardii Cesarskiej”, 1924 rok, źródło: Salon Dzieł Sztuki Connaisseur

Jan Rosen (1854 - 1936) "Oddział huzarów napoleońskich", 1923, źródło: Salon Dzieł Sztuki Connaisseur

Jan Rosen (1854 – 1936) „Oddział huzarów napoleońskich”, 1923 rok, źródło: Salon Dzieł Sztuki Connaisseur

Gdy się przenieśli do Drezna, rozpoczął naukę rysunku. Podstawy warsztatu zapewnił mu świetny rytownik Henryk Redlich, autor reprodukcyjnych miedziorytów obrazów Matejki. Po powrocie z rodziną do Warszawy ukończył gimnazjum wyższe na Nowolipkach i biegał, a raczej był wożony, na kontynuacje lekcji rysunku do Franciszka Kostrzewskiego, mistrza karykatury. Matka przechowywała rubla honorarium dla syna za rysunek reprodukowany w „Kurierze Niedzielnym”. Jego kreska już coś była warta! Przenieśli się na kilka lat do Ville d’Avray we Francji. Stamtąd Jan w 1872 roku wyjechał na studia do Akademii Monachijskiej. W mieście nad Izarą studiowało, pracowało i mieszkało wówczas ponad stu, w porywach i więcej Polaków, ich obrazy były obiektem zainteresowania kusthandlerów nie tylko miejscowych, lecz, powiedzmy, z reszty świata. „Zwariowany Polak, książę Czetwertyński, paradował po Monachium w kozackim stroju”, Józef Chełmoński, cały na kolorowo, szokował mieszczan … Lecz najważniejsi – nie tylko dla młodego Rosena, ucznia m.in. Alexandra Strähubera i Ferdinanda Bartha w Akademii – byli sławni animaliści i bataliści, Józef Brandt i Alfred Wierusz-Kowalski, wysoko cenieni i z wspaniałymi pracowniami, a także Juliusz Kossak, który ogromnie lubił potomka finansistów i nazywał go pieszczotliwie Roś.

Jan Rosen (1854 - 1936) "Napoleon na koniu", 1923, źródło: Salon Dzieł Sztuki Connaisseur

Jan Rosen (1854 – 1936) „Napoleon na koniu”, 1923 rok, źródło: Salon Dzieł Sztuki Connaisseur

Jan Rosen (1854 - 1936) "Żandarm konny z okresu Księstwa Warszawskiego", 1925, źródło: Agra-Art

Jan Rosen (1854 – 1936) „Żandarm konny z okresu Księstwa Warszawskiego”, 1925 rok, źródło: Agra-Art

Młody Rosen tęsknił za kochaną Warszawą, ale cóż z tego, nazywał ją „boleśnie pod względem możliwości rozwoju w tym kierunku upośledzonym miastem” i wolał być na Zachodzie. Zwłaszcza gdy w 1873 roku odwiedził Wiedeń i zobaczył szczyt możliwości kreacyjnych na obrazach malarzy francuskich. Chodziło głównie o kolor. Objawienie zaważyło na rozjaśnieniu i ożywieniu palety barwnej Rosena – i to na zawsze odróżniło go od reszty polskich „monachijczyków”. Brał udział – obok Kossaka jako jeden z dwóch konnych – w uroczystym Fackelzzug, pochodzie z pochodniami z okazji półwiecza twórczości Wilhelma Kaulbacha, wybitnego malarza, dyrektora Akademii. Dalszy ciąg studiów odbył w Paryżu, m.in. pod kierunkiem Jean-Léona Gerome’a w École des Beaux-Arts.

Poznał osobiście Edvarda Maneta, cieszył się, zawsze czuły na walory estetyczne, że artysta, którego twórczość podziwiał, to „światowiec w każdym calu, wykwintny, nie żaden kawiarniany cygan!”. Był na ty z wielkimi tego świata, twórcami, polskimi emigrantami po 1830 roku. Kiedy w 1877 roku wystawił na Salonie paryskim wysoki na 2 metry obraz Jan Chryzostom Pasek wypędzający Szwabów z zajazdu, profesor Gerome powiedział doń „Jesteś pan gotów”. Czyli – już mistrz.

Jan Rosen (1854 - 1936) "Amazonka", 1882, źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie

Jan Rosen (1854 – 1936) „Amazonka”, 1882 rok, źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie

Dwa lata później przyjechał do Krakowa na jubileusz Józefa Ignacego Kraszewskiego. Podczas uroczystego śniadania u Wentzla, gdy Siemiradzki zadeklarował dar swoich Pochodni Nerona jako zaczątek Galerii Malarstwa Polskiego w Sukiennicach, Jan Rosen, wzorem kilku jeszcze artystów, zgłosił swój dar. Obrazu Błogosławieństwo oddziału jeszcze nie zaczął malować, podaruje to duże płótno dopiero za rok. Kompozycja wielofiguralna z partią księdza błogosławiącego konnych młodych, w czarnych czamarkach, wyruszających do powstania 1863, w polskim pejzażu z chałupami na drugim planie i cokolwiek biedermajerowskimi drzewami, była przez młodego artystę malowana najpierw jeszcze w Krakowie, potem w sielskim krajobrazie Szarleja i Karczynia na Kujawach, majątkach Józefa Kościelskiego, powinowatego, ugodowca, człowieka o podobnych zapatrywaniach jak Rosen. Tak, przyjaźnił się również z tym samym Włodzimierzem Spasowiczem, którego z powodu moskalofilskich akcentów podczas wykładów studenci Uniwersytetu Warszawskiego ośmieszyli rzucając weń kaloszami, za co zresztą zapłacili zsyłką.

Jan Rosen (1854 - 1936) "Broń do ataku. Naprzód!", 1881, źródło: Desa Unicum

Jan Rosen (1854 – 1936) „Broń do ataku. Naprzód!”, 1881 rok, źródło: Desa Unicum

W Warszawie urządził sobie piękną pracownię w wieżyczce gmachu na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Królewskiej. Na prośbę redaktora Mariana Gawalewicza, partnera życiowego Gabrieli Zapolskiej, zrobił serię ilustracji do Ogniem i mieczem dla „Tygodnika Powszechnego”; prace podobały się Henrykowi Sienkiewiczowi, lecz Rosen, z grzeczności zrobiwszy jeszcze trochę rysunków do noweli Gawalewicza Majster do wszystkiego, przekonał się, że ilustratorstwo to nie jego pasja. Szeroko oddychał i rysował z zapałem dopiero podczas podróży na Ukrainę: do Horodna, Krzemieńca, Zahajec, Dederkat. Latem 1882, żeby się nie zasiedzieć w Warszawie, malował w Jabłonnie medalowaną klacz Augusta Potockiego, wreszcie na specjalna prośbę Jana Blocha, przemysłowca, człowieka z jego środowiska, „króla kolei żelaznych”, namalował gwaszem – techniką, którą nie bez słuszności lubił i preferował – swobodny cykl ilustracyjny do Dumy o Wacławie Rzewuskim Juliusza Słowackiego.

Jan Rosen (1854 - 1936) "Zaloty [Huzarzy przy studni]", 1890, źródło: Agra-Art

Jan Rosen (1854 – 1936) „Zaloty [Huzarzy przy studni]”, 1890 rok, źródło: Agra-Art

Dlaczego podjął decyzję o nie tyle podróżach zagranicznych do Włoch – bo wojażował przez całe życie – ile o dalszej pracy twórczej w Monachium? Otóż jeszcze w 1881, przed świętami Bożego Narodzenia, w Warszawie, wyrosły jak grzyby po deszczu „ciemne jakieś indywidua z pałkami w rękach, w czerwonych rubaszkach i długich butach”. Zaatakowali znienacka zarówno mieszczan w śródmieściu, jak i właścicieli rozlicznych sklepów i zakładów na obrzeżach. Był to ukartowany przez rosyjskiego zaborcę pogrom Żydów, napastnicy pochodzili ze Wschodu. To mogło obrzydzić Warszawę zwłaszcza komuś, kto, jak Jan Rosen, pochodził zasymilowanej, ochrzczonej, oświeconej rodziny żydowskiej. Z Monachium więc, gdzie nie miał takich problemów, dał Pobudkę V szwadronu ułanów na wystawę do Glaspalast, a że tam duże płótno, chwalone przez krytykę, nie wywołało entuzjazmu zwiedzających ze względu na polską tematykę, wysłał obraz do Warszawy. Tam wzbudził taki aplauz, że kupiła go Zachęta i rozlosowała wśród członków. Rosen wyrabiał sobie markę nie tylko malarskiego piewcy epoki Napoleona, Księstwa Warszawskiego, powstania listopadowego, lecz także malarza wojskowości! Rzetelność w odtwarzaniu mundurów, guzików, otoków, odznak, szczegółów broni stawiała go dla amatorów dzieł spod znaku Bellony wyżej takich mistrzów jak Brandt i Wierusz-Kowalski.

Jan Rosen (1854 - 1936) "Na wyścigach", 1882, źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie

Jan Rosen (1854 – 1936) „Na wyścigach”, 1882 rok, źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie

W Monachium tworzył długo główną wersję Rewii na placu Saskim, kolosalny obraz uwieczniający blask napoleońskiej chwały. „Ci ludzie bili się wczoraj u boku Cesarza – mówił z rozrzewnieniem – a jutro walczyć będą w Olszynce”. Tymczasem w drugiej części pracowni malował dla zarobku Polowanie na jelenia dla miliardera – warszawskiego finansisty. Zdobył sobie wysoką pozycję, był odwiedzany przez księcia regenta, miłośnika malarstwa, i zapraszany na obiady do książęcego pałacu. Malował coraz więcej. Przejezdni Amerykanie kupowali jego obrazy. Należał do monachijskiej Künstlergenossenschaft, wraz z Franzem von Stuckiem, Franzem von Lembachem, Gabrielem von Maxem, na zaproszenie wybitnego batalisty Franza Roubanda pracował ciężko na rusztowaniach nad panoramą Wzięcie do niewoli Szamila przez carskie wojska – i tu juz był blisko kariery malarza carskiego dworu. On, autor Bitwy pod Stoczkiem oraz słynnej, także tak bardzo polskiej Rewii na placu Saskim, zauważmy, zmiażdżonej w Warszawie przez Stanisława Witkiewicza (ta negatywna recenzja została oprotestowana przez trzydziestu artystów), niebawem nagrodzonej srebrnym medalem na Salonie w Paryżu, został wezwany do Petersburga przed oblicze cara Aleksandra III. Car zakupił Rewię… z przeznaczeniem obrazu do rezydencji Wielkiej Księżny Łowickiej w Skierniewicach, zamawiał i kupował następne obrazy.

Ostatecznie – dla zdrowia jednej z córek – Jan Rosen osiedlił się w Szwajcarii, w pracowni w Lozannie malował dla wielkiego księcia Mikołaja Zwycięstwo Rosjan nad Turkami w 1803, a dla własnej satysfakcji Portret Henryka Dąbrowskiego w otoczeniu sztabu i Dwernickiego pod Stoczkiem. Był przyjacielem domu Paderewskich, odbył podróże morskie dookoła świata w towarzystwie amerykańskich milionerów, których portretował. W 1921 roku wrócił do Polski; dzielił z bliskimi trudne warunki „radości z odzyskanego śmietnika”, jak pierwsze lata w niepodległej Rzeczypospolitej określił Juliusz Kaden-Bandrowski. Pod koniec 1931 roku na wernisaż malarstwa Jana Rosena, kawalera Orderu Odrodzenia Polski, w pięćdziesięciolecie jego twórczości, przybył i mowę wygłosił Naczelnik Państwa Józef Piłsudski.

Skomplikowane i barwne losy artysty pozostały w cieniu jego świetlistych obrazów. Sędziwy, kawaler Legii Honorowej, odwiedzał we Lwowie syna, Jana Henryka Rosena, twórcę rewelacyjnych fresków w katedrze ormiańskiej, opowiemy o nim niebawem. Zmarł w rodzinnej Warszawie po pracowitym życiu.

Źródła:

  • Jan Rosen, Wspomnienia 1860 –1925, spisała Anna Leo, Księgarnia Ferdynanda Hoesicka, Warszawa 1933

  • Materiały własne z kwerend

Autor: Marek Sołtysik

Prozaik, poeta, dramaturg, krytyk sztuki, edytor, redaktor, artysta malarz i grafik, ilustrator, był pracownikiem w macierzystej Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, w której ostatnio sporadycznie wykłada. Od roku 1972 publikuje w prasie kulturalnej. Autor kilkudziesięciu wydanych książek oraz emitowanych słuchowisk radiowych, w tym kilkunastu o polskich artystach, prowadzi także warsztaty prozatorskie w Studium Literacko-Artystycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Ulubiony artysta: Rafał Malczewski.

zobacz inne teksty tego autora >>