Pierwszym nauczycielem malarstwa naszego wybitnego artysty ostatniej ćwierci XIX i początku XX wieku Józefa Chełmońskiego był Wojciech Gerson, jedyny wówczas tak naprawdę liczący się w Warszawie doskonale wykształcony jak na owe czasy artysta plastyk.

Będąc już sprawnym malarzem, po odbyciu studiów w monachijskiej Akademii, Chełmoński wyjeżdża do Paryża. Przebywa tam lat dwanaście. W tej światowej stolicy sztuki jednak nie do końca jest szczęśliwy. Wiele lat później córka Gersona, Maria, napisze książkę o polskich artystach, gdzie przytoczy jeden z listów pisanych z miasta nad Sekwaną do jej ojca przez Chełmońskiego. Posłuchajmy. Oj, nie wiedziałem ja z jakiemi to wyjazd z kraju powiązany jest kolejami; tu całe moje życie wyrywa się ku wschodowi słońca (ku Polsce). Kuropatwy (pogr. moje) swojem odezwaniem się o zmroku raz za miastem obudziły we mnie całą moc tych pragnień, kiedy wrócić będzie można do kraju? bo u nas inaczej, inaczej, inaczej!.

Józef Chełmoński (1849-1914) "Kuropatwy na śniegu", źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie, fotografia: archiwum autora

Józef Chełmoński (1849-1914) „Kuropatwy na śniegu”, źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie, fotografia: archiwum autora

I po ponad dekadzie pracy twórczej w Paryżu wraca do Polski i za chwilę kupuje niewielki dworek we wsi Kuklówka na Mazowszu. Chełmoński tak naprawdę to człowiek wsi, na wsi się urodził, na nią powrócił z wielkiego świata i tam zamieszkiwał do końca swoich dni.  Bo artysta był, jak pięknie zauważył Roman Zrębowicz, „homo faber” na rozłogach poezji przyrody polskiej, tej naszej pramatki wzruszeń. Był synem ziemi…(…). Tworzył niemal biologicznym instynktem. Spełniał tylko rozkazy swoich wzruszeń, których bogactwo kształtów prawie rozmiarem polskiej przyrody odpowiada. Pia Górska, znajoma malarza z czasów Kuklówki dodaje: Chełmoński był głęboko przekonany, że Bóg kocha ludzi, którzy szanują jego stworzenia. Ten dziwak i rozwłóczony malarz miał religijny stosunek do przyrody, uważał ją za „podnóżek nóg Bożych” i mógł powtórzyć za biedaczyną z Asyżu „siostra moja gwiazda i brat mój konik polny”. I w innym miejscu: Wobec piękności przyrody stawał się pokorny, mały i jakby bezbronny – twierdził, że nic nie umie, że trzeba się wszystkiego uczyć od natury i słuchać aż raczy przemówić. I dzięki temu uczeniu się i odczuwaniu natury stał się Chełmoński najwybitniejszym polskim malarzem animalistą. Nie było ptaka, którego by nie znał, (…) a obyczaj ptactwa wędrownego podniósł poetycznością do godności dzieła sztuki – zanotował jeden z biografów artysty. Taki jest właśnie obraz, o którym skreślam teraz kilka słów. Ba, to nie taki sobie obraz, nie takie sobie dzieło sztuki, to wprost arcydzieło polskiego malarstwa.

Obraz "Kuropatwy na śniegu" Józefa Chełmońskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie, źródło: archiwum autora

Obraz „Kuropatwy na śniegu” Józefa Chełmońskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie, źródło: archiwum autora

Ten prawie że monochromatyczny obraz zostaje wysłany na wystawę do Berlina i tam otrzymuje najwyższą nagrodę. Ale jakże polski, swoisty tylko dla Chełmońskiego realistyczny pejzaż jest na nim przedstawiony. I w ten sam sposób malowany. Realny, otulony kożuchem artysta tworzy go w plenerze leżąc na śniegu,  a przynajmniej jego szkic. Dla niego nie było pogody lepszej czy gorszej, aby malować. Austriacki krytyk napisze w 1902 roku o tym malowidle tak: Arcydziełem prawdziwym jest obraz Józefa Chełmońskiego „Kuropatwy na śniegu”. Widziałem ten obraz przed laty w Berlinie i dziwiłem się, że nie wywołuje on powszechnego podziwu. Ale czasy dla takiego piękna nie nadeszły były wówczas. (…) Dziś zwracamy się z miłością i podziwem dla takich utworów. Subtelność, z jaką te ptaki przedstawiono, z całą swą delikatnością w śniegu i powietrzu śnieżnym, jest wprost niezrównana.

Przeglądając swoje notatki o tym obrazie poczynione przed laty (dzisiaj już nie pomnę gdzie i w jakich okolicznościach zrobione), przeczytałem, że malarz ukazał biedne kuropatwy, nerwowe, drżące. Poetyckie stwierdzenie, jednak nijak ma się do rzeczywistości. Ale znawcy malarstwa nie muszą przecież posiadać wiedzy o ptakach. Andrzej G. Kruszewicz, dyrektor warszawskiego ZOO: Kuropatwy znają niby wszyscy, ale mało kto miał okazję oglądać tego ptaka z bliska. Z pozoru szara, przy dokładniejszym poznaniu zachwyca subtelnością wzorów i barw. Kuropatwy to ptaki bardzo zaradne, potrafią znaleźć pokarm nawet pod śniegiem. Ponieważ są one z rzędu ptaków grzebiących, to zapewne grzebią w tym śniegu poszukując pożywienia. I w ten właśnie sposób ukazał kuropatwy Chełmoński – w czasie ostrej zimy, jakie drzewiej bywały, w naturalnym ich ptasim biotopie. Zauważmy, że ptaki ukazane na pierwszym planie są bardzo wyraźnie malowane, widać nawet ich piórka. Te znajdujące się dalej, coraz mniej czytelne. To tak jakbyśmy wykonali fotografię przy użyciu obiektywu z długą ogniskową. Kuropatwy ukazane na drugim i trzecim planie znajdują się poza tak zwaną głębią ostrości. Te na samym końcu już mało widoczne, „rozmyte” – jakby zanurzone były w śnieżnej zadymce.

Fragment galerii obrazów Chełmońskiego w Radziejowicach, źródło: archiwum autora

Fragment galerii obrazów Chełmońskiego w Radziejowicach, źródło: archiwum autora

Dziesięć lat po namalowaniu tego obrazu Zenon Przesmycki „Miriam” w elitarnym jak na owe czasy czasopiśmie „Chimera” (żałujmy, że dzisiaj takie nie są wydawane) w ten sposób zachwycił się tym dziełem. Określić wprost niepodobna, co tak niesłychanie działa na człowieka z tego obrazu. Tak działałaby sama natura chyba, a to wskazuje znowu, że niemasz tu nic z realizmu, z kopiowania natury. Odgrywała tu rolę nie obserwacya niewolnicza, nie podpatrywanie jakieś na gorącym uczynku, lecz cudowna intuicya, która nie potrzebuje świadectwa zmysłów. Chełmoński tworzy tu, jak natura tworzy. A natura u Chełmońskiego – dodaje Maciej Masłowski – to jakby on sam, tak jak on poetyczna, nieokiełzana, prosta, przepojona niepojętą dlań zagadką życia.

Drewniany dworek Chełmońskiego w Kuklówce stoi do dzisiaj. I ponownie M. Masłowski: Gdyby w twórczości Chełmońskiego nie było Kuklówki – śmieszna nazwa – nie mielibyśmy malarskiego eposu natury polskiej. Nie odwiedzimy wnętrz tego dworku, gdyż jest on obecnie własnością prywatną. Przed jego ogrodzeniem kilka lat temu postawiono obelisk upamiętniający pobyt tutaj naszego malarza. Natomiast kilka kilometrów dalej, w Radziejowicach, stoi okazały pałac, gdzie od lat funkcjonuje Dom Pracy Twórczej, a w nim galeria obrazów Józefa Chełmońskiego. „Dom” ten wydał przed laty książkę „Chełmoński. Malarz polskich żywiołów”. Na jej okładce znajduje się fragment obrazu, nie innego przecież jak… „Kuropatwy”. W tej opowieści przeczytamy, że „Kuropatwy” to dzieło natchnione, wręcz ascetyczne. Ukazane ptaki drepczące z wysiłkiem pod wiatr po lodowatym pustkowiu są symbolicznym znakiem życiowych zmagań i przeciwności losu.

Ilekroć odwiedzam Muzeum Narodowe w Warszawie, gdzie obraz jest eksponowany, zawsze przystaję na chwilę przy nim, pomimo że dzieło oglądałem już wielokrotnie. Myślę, że jest to wynikiem właśnie tego, że niesłychanie działa na człowieka. Ujrzeć na nim wiatr, który rozwiewa piórka ptaków, ujrzeć artystę – romantyka raczej, niż realistę, ujrzeć poemat śnieżny w końcu. To obraz wytworny, jeżeli możemy tak powiedzieć. Malarsko, graficznie, duchowo.          

Obelisk w Kuklówce, źródło: archiwum autora

Obelisk w Kuklówce, źródło: archiwum autora

Popiersie Chełmońskiego w parku pałacowym w Radziejowicach, źródło: archiwum autora

Popiersie Chełmońskiego w parku pałacowym w Radziejowicach, źródło: archiwum autora

Źródła:

  • Gerson-Dąbrowska, „Polscy artyści”, Warszawa 1930
  • P. Górska, „Józef Chełmoński. Wspomnienia”, Warszawa 1932, Reprint, Radziejowice 2014
  • A. G. Kruszewicz, „Ptaki Polski od A do Z”, Warszawa 2010
  • A. Ligocki: „Józef Chełmoński. Album”. Warszawa 1983
  • M. Masłowski, „Malarski żywot Józefa Chełmońskiego”, Warszawa 1972
  • M. Masłowski, „Józef Chełmoński”, Warszawa 1973
  • A. Melbachowska-Luty: „Chełmoński. Mistrz polskich żywiołów”. Radziejowice 2014
  • Z. Przesmycki, „Chimera”, T.1. 1901
  • J. Wegner: „Józef Chełmoński”, Warszawa 1958
  • R. Zrębowicz, „Józef Chełmoński”, „Prawda”, 1914, nr 19

Autor: Leszek Lubicki

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego (Profilaktyka społeczna i resocjalizacja). Nie jest zawodowo związany ze sztuką, tylko osobą zainteresowaną polskim malarstwem przełomu XIX/XX wieku, okresem, który Maria Poprzęcka nazwała “Szczęśliwą godziną”, czyli najbujniejszym i najbogatszym w polskiej sztuce. Swoje teksty publikuje m.in. w kwartalniku “Krytyka Literacka”, miesięczniku “Historia do Rzeczy” oraz na portalach “Niezła Sztuka” oraz “Super historia”. Wcześniej publikował w magazynach podróżniczych “Polska Wita” i “W podróży”.
Ulubiony artysta: Władysław Podkowiński

zobacz inne teksty tego autora >>