Jeremi Kubicki (1911–1938) należał do najbardziej utalentowanych studentów Tadeusza Pruszkowskiego. Profesor szanował jego sposób malowania, zupełnie nietypowy jak na profesjonalnego artystę, podziwiał jego wrodzony zmysł kompozycji, który pozwalał zapanować nad kolosalną płaszczyzną bez konieczności wykonywania szkiców wstępnych. Cała proces twórczy Kubickiego odbywał się na jednym płótnie, częściej na desce, na podłożu pokrywanym stopniowo malaturą nie po uprzednim rozrysowaniu całości, lecz od górnego rogu przez kilka metrów do prawego rogu dolnego. Wszystko, co się mieściło – i co miało się mieścić – na wielofiguralnej kompozycji, ustawiało się wedle woli autora w godzinach, tygodniach i miesiącach jego kontaktu z malowanym obrazem. Zaliczany do najważniejszych artystów Bractwa świętego Łukasza, tzw. Łukaszowców (na cześć św. Łukasza, patrona malarzy) Jeremi Kubicki, wykazujący się, podobnie jak wszyscy artyści z bractwa pod wodzą Pruszkowskiego, szczególna dbałością o warsztat, w odróżnieniu od nich nie klasycyzował. Jego kompozycje przywodziły na pierwszy rzut oka malarstwo włoskich mistrzów wczesnego renesansu, łagodny modelunek przestawianych figur pozbawiony był gwałtownych kontrastów światła i cienia, obrazy zadziwiały sugestywnością jednego, jedynego świata wizji artysty, zjednywały widzów zarówno tajemniczością symboliki, jak i elementami surrealistycznego humoru, nieraz uśmiechem przez łzy.
Zdjęcie przedstawiające Jeremiego Kubickiego podczas pracy nad panneau „Zdrojowiska polskie”, źródło: Archiwum rodziny artysty
Szeroki był rozmach młodego artysty – którego Zbigniew Florczak nazywa pół-Grekiem (czemu?, nie rozszyfrowałem) w posłowiu do wspomnień Jana Zamoyskiego „Łukaszowcy”. Urodzony w Łodzi, uczył się i studiował w Warszawie, najpierw w Instytucie Sztuk Plastycznych u Stanisława Szreniawy-Rzeckiego i Wacława Borowskiego, potem w Akademii Sztuk Pięknych w pracowniach Tadeusza Pruszkowskiego i Leonarda Pękalskiego, w czasie studiów u rzetelnych mistrzów otrzymywał za malarstwo ordery i odznaczenia. Już jako dwudziestoletni wystawiał w Los Angeles (obrazy o tematyce olimpijskiej), w ciągu kilku następnych lat dał znać o swojej intensywnej twórczości, wystawiając w Warszawie, Berlinie, Rapperswilu i Amsterdamie, a w ostatnich latach krótkiego życia w Paryżu, Genewie, Belgradzie, w Budapeszcie i Pittsburgu. Zdumiewała technika jego obrazów: choć malował je bezpośrednio na niegruntowanej desce, w trakcie pracy uzupełniał powstające kompozycje o fragmenty architektury tworzone na podłożu specjalnie nakładanego stiuku! Utwory poetyckie budowane nie słowem, lecz wszystkimi środkami dostępnymi malarzowi, to właśnie obrazy Kubickiego. Wyobraźniowe pejzaże z postaciami kobiet, to rześkich, wzrokiem poszukujących widza, to tajemniczych, ukrytych w zakamarkach pejzażu, są tylko jednym z wątków przedstawionej przez artystę rzeczywistości. Inny wątek, równie ważny – bo, podkreślmy, nic w tych obrazach nie może grać głównej roli, gra bowiem obraz – to postacie w grupach. Obraz pt. „Manewry” wypełniając na drugim, co nie znaczy ostatnim planie postacie maszerujących żołnierzy. Obraz pt. „Cykliści” wypełnia zwarty peleton ścigających się kolarzy, znakomicie uchwyconych w ruchu, co nie znaczy, że namalowanych kosztem pejzażu i widzów. Przy takiej dozie poezji, jaką miał w sobie malarz i nam, widzom, ją przekazywał, dla uzyskania nastroju tajemnicy nie musiał używać ciemnych i nasyconych barw; jasna kolorystyka stwarzająca pozory dekoracyjności ochroniła te monumentalne malowidła od ciężkiego patosu. Artysta, o czym się dowiadujemy ze wspomnień, nie mierzył, nie ważył, nie rozbierał obrazu na części zanim jeszcze dzieło powstało; on żył równocześnie z tworzonym obrazem; mogło się wydawać, że praca przychodzi mu lekko. To oczywiście pozory: praca była ciężka, ale on ją kochał. Talent tylko dodawał skrzydeł.
Jeremi Kubicki (1911-1938) „Cykliści”, 1935 rok, źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie
Doszła nowa miłość. I fascynacja. Lnianowłosa Hanna Henneberg (1907–1936) zjawiła się na drodze jego życia… i oczywiście twórczości. Artystka malarka i projektantka, utalentowana bratanica malarza Kazimierza Mordasewicza, córka potentata mleczarskiego i patentowanego wytwórcy pierwszego w Polsce mleka w proszku, Adolfa Henneberga, który w tamtym czasie okres prosperity miał już za sobą – odsprzedał firmę i usunął się w cień – cieszyła się sławą pierwszej polskiej pilotki w Aeroklubie Warszawskim. Przeżyła dramat, kiedy w roku 1931 poniósł śmierć rozbiwszy się na amfibii własnej konstrukcji, Zygmunt Puławski, z którym była uczuciowo związana. Romantyczną nutą tej historii był fakt, że Puławski zbudował amfibię z myślą o Hannie Henneberg, która w letnich miesiącach przebywała z koleżeństwem z pracowni Pruszkowskiego i z samym mistrzem na plenerach w Kazimierzu nad Wisłą. Jako że w pobliżu Kazimierza nie było lotniska, Puławski wymyślił sobie, że będzie lądował w Wiśle. W myśl stwierdzenia, ze świat jest mały należy dodać, że malarz Tadeusz Pruszkowski, latający z Warszawy do Kazimierza własną awionetką, był tym samym prezesem Warszawskiego Aeroklubu, który Hannę Henneberg pasował na pilotkę.
Jeremi Kubicki (1911-1938) „Manewry”, źródło: Sopocki Dom Aukcyjny
W roku 1934 Hanna Henneberg i Jeremi Kubicki połączyli się węzłem małżeńskim. Idylla trwała krótko. Hanna, już jako Kubicka, jeszcze w roku 1935 wspólnie z mężem namalowała czternaście stacji Męki Pańskiej do kościoła Świętego Józefa w Sandomierzu, mieście, które obok Kazimierza było świadkiem ich szczęścia, ale zaraz potem, tak przecież wysportowana i żywotna, zapadła na gruźlicę. Stan chorej wymagał leczenia już nie tylko sanatoryjnego, dzielnie walczyła o życie w otwockim szpitalu. Zmarła w dwudziestym dziewiątym roku życia. Wdowiec nie tyle może szukał ukojenia w pracy twórczej, ile malował niejako z rozpędu. Jak się okaże, tylko uprawianie twórczości utrzymywało w nim wolę życia. Obłędny, rzekłbym, malowany wbrew modom i tendencjom, obraz Kubickiego pt. „Zdobycie Sandomierza” (sprzedany kilka lat temu z kolekcji prywatnej za ponad milion złotych), przedstawiający żołnierzy Napoleona, pogromców wojsk rosyjskich, z jednej strony odznacza się somnambulicznym spokojem, złudnym, ponieważ nietrwałym, z drugiej – jest drobiazgową ewidencją maszerujących żołnierzy, ich plecaków, uzbrojenia, pończoch, wreszcie butów, w które obuci przemierzają pagórkowatą powierzchnię wiodącą ich do miasta, którego mury zamykają horyzont. Pagórek, na który schodzą żołnierze zmusza ordynek do obniżenia się w tamtym miejscu i wpływa to nie tylko na konstrukcję grupy, jak i na kompozycję całego obrazu, wprowadzając element zniewalającej miękkości. I, oczywiście, podkreślając wrażenie ruchu.
Jeremi Kubicki (1911-1938) „Zdobycie Sandomierza”, ok. 1930 roku, źródło: Sopocki Dom Aukcyjny
Pracował dalej. Odnosił sukcesy dekoracyjnymi malowidłami, które powstały ku ozdobie reprezentacyjnych wnętrz recepcyjnych transatlantyków „Piłsudski” oraz „Batory. Były to m.in. panneau „Cztery pory roku” (cztery obrazy) i „Życie kobiety”, umieszczone w tzw. salonie pań. Inne panneau, które wykonywał w ostatnich dwóch latach życia, to „Zdrojowiska polskie” przeznaczone do restauracji zakopiańskiej, a także obrazy z dziejów czekolady, kawy i herbaty dla wytwornego sklepu filmy E. Wedel przy ul. Szpitalnej w Warszawie. Malował również obrazy religijne dla kościołów Salezjanów w Sokołowie Podlaskim. W przededniu otwarcia w Instytucie Propagandy Sztuki wielkiej wystawy Bractwa Świętego Łukasza, na której prezentowano siedem malowanych temperą kolosalnych kompozycji z historii Polski, przeznaczonych do pawilonu polskiego na wystawę w Nowym Jorku, malowanych wspólnie z Antonim Michalakiem i Janem Gotardem, Jeremi Kubicki, nie mogąc wytrzymać żalu, beznadziejnej tęsknoty i potwornego napięcia, strzałem z pistoletu pozbawił się życia.
Jeremi Kubicki (1911-1938) „Pejzaż z łódkami”, lata 30. XX wieku, źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie
Wybitny architekt, twórca gmachu Instytutu Propagandy sztuki, Lech Józef Niemojewski podkreślał przemawiając nad grobem artysty: „Jeremi Kubicki szedł wielkimi krokami. Każdy, kto śledził błyskawiczny rozwój jego talentu, musiał podziwiać prostotę, z jaką ten młody chłopiec szedł na podbój świata. Tak jest na podbój świata. Jeremi Kubicki nie był artystą z zaścianka. Nie był prowincjonalną wielkością. Jego malowane bajeczki, które wszyscy tak dobrze znamy, nie wzruszały wyłącznie tylko szczupłego grona przyjaciół. Przejaw talentu był niewątpliwy. Iskra Boża z nich promieniała, zdobywając i przykuwając każdego od pierwszego spojrzenia”. Większość obrazów Jeremiego Kubickiego zniszczyła bezpowrotnie niemiecka bomba, która w pierwszych dniach bombardowania Warszawy w czasie II wojny światowej spadła na zakład introligatorsko-ramiarski na Nowym Świecie, w którym dzieła były w trakcie oprawy. Ocalały nieliczne obrazy – te, które były wtedy na wystawach w Londynie i w Manchesterze.
Jeremi Kubicki (1911-1938) „W porcie”, źródło: Sopocki Dom Aukcyjny
Źródła:
-
Jan Zamoyski, „Łukaszowcy”, posłowie Zbigniew Florczak, Warszawa 1989
-
Włodzimierz Bartoszewicz, „Buda na Powiślu”, Warszawa 1983
-
Tadeusz Pruszkowski, O Jeremim Kubickim, „Wiadomości Literackie” 1939, nr 20.
-
Maria Kuncewiczowa, „Dwa księżyce”, Warszawa 1933
- Hanna Kubaszewska, hasło „Jeremi Kubicki” w IV tomie „Słownika artystów polskich…”, Wrocław, Warszawa, Kraków, Gdańsk, Łódź 1986
- Hasło „Anna Róża [Hanna] Henneberg” [bez nazwiska autora oprawowania] w tomie III „Słownika artystów Polskich”, Wrocław, Warszawa, Kraków, Gdańsk 1979
- Fragment mowy prof. Lecha Józefa Niemojewskiego, wygłoszona 9 grudnia 1938 nad trumną Jeremiego Kubickiego na cmentarzu bródzieńskim w Warszawie. Całość: „Plastyka”, nr 8–9, str. 216
-
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk, „Polskie życie artystyczne w latach 1915–1939”, praca zbiorowa pod redakcją Aleksandra Wojciechowskiego, Wrocław, Warszawa, Kraków, Gdańsk, 1974
Autor: Marek Sołtysik
Prozaik, poeta, dramaturg, krytyk sztuki, edytor, redaktor, artysta malarz i grafik, ilustrator, był pracownikiem w macierzystej Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, w której ostatnio sporadycznie wykłada. Od roku 1972 publikuje w prasie kulturalnej. Autor kilkudziesięciu wydanych książek oraz emitowanych słuchowisk radiowych, w tym kilkunastu o polskich artystach, prowadzi także warsztaty prozatorskie w Studium Literacko-Artystycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Ulubiony artysta: Rafał Malczewski.
zobacz inne teksty tego autora >>








![Płótno mistyczne [fragmenty niepublikowanej powieści] Płótno mistyczne [fragmenty niepublikowanej powieści]](https://sztukipiekne.pl/wp-content/uploads/2020/08/ow_kazimirowski-300x187.jpg)
