Pisywałem tu o polskich malarzach, którzy w przeciwieństwie do ich sławnych kolegów pozostali w historii sztuki jako autorzy jednego obrazu. Seweryna Bieszczada (1852–1923) nawet do tych szczęściarzy nie można zaliczyć. A przecież dobrze się zapowiadał, był starannie wykształcony artystycznie, miał dobrą wolę i przede wszystkim talent, uwidoczniony we fragmentach obrazów, tych dobrych w jego wielce nierównej spuściźnie. Pochodził z rodziny artystycznej. Urodził się w Jaśle, gdzie jego ojciec, Jan Kanty Bieszczad, utrzymywał warsztat malarski, w którym powstawały obrazy religijne na zamówienie okolicznych parafii. Nie jest wykluczone, że zabierał uzdolnionego syna, gdy latem 1867 wykonywał polichromie ścienne w kościele w Łubienku i wykańczał na miejscu dwadzieścia siedem obrazków wotywnych w Kalwarii Pacławskiej koło Przemyśla. W każdym razie jakoś już przygotowany do zawodu, wyposażony przez ojca, który miał powody wierzyć w rozkwit jego kariery artystycznej, szesnastoletni Seweryn wyjechał aż do Krakowa – na studia do Szkoły Sztuk Pięknych. Po kilku latach – utalentowany – korzystał z pobytów stypendialnych w Akademii w Wiedniu i trochę w Dreźnie. Otrzaskany, kontynuował studia dwukrotnie w Akademii Monachijskiej. Za drugim razem, gruntownie, u słynnego Alexandra (Sandora) Wagnera. Nabył u mistrza rzadką umiejętność wygrywania z ryzykowną kompozycją przestrzenną na płaszczyźnie. Według przekazów rodzinnych (rękopis córki artysty Janiny Bieszczad) w ostatnich miesiącach pobytu Seweryna Bieszczada w Monachium „prace jego rozchwytywano, a niemieckie pisma przepowiadały mu światową sławę”.
Seweryn Bieszczad (1852-1923) „Wiejska procesja”, 1884 rok, źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie
Chce się w to wierzyć, ponieważ, obok zwiewnych pejzaży, w dorobku artysty znajdują się takie małe arcydzieła malarstwa rodzajowego, jak U szewca i Będzie lanie. Narracyjne, głęboko wzruszające widza (taki był cel), dobrze zakomponowane na stosunkowo niewielkiej przestrzeni, pełne prawdy zarówno o realiach – tu pracowni szewskiej, tam mieszkania średniej klasy społecznej – zawartej zarówno w doskonale zaobserwowanych i świetnie namalowanych narzędziach warsztatu rzemieślnika, strojach młodych klientek, (książek i podręczników w ręku jednej, skarpet w prążki tej, która zdjęła dziurawy bucik) w wykończonej na glans akwareli, z doskonale oddaną psychologią w twarzach i ruchach wszystkich trzech postaci (U szewca), jak i w dużym olejnym obrazie Będzie lanie, którego centrum stanowi dziewiętnastowieczna wiklinowa kołyska z rozwrzeszczanym tłuściutkim bobasem. Po lewej stronie płótna śpiący z głową na stole chłopiec – syn, służący, czeladnik? – który nie dopilnował niemowlęcia, jeszcze nie wie, że z prawej strony następuje obstrzał spojrzeń pary, która najwyraźniej zleciła mu opiekę nad dzieckiem. Istotnie, strach się bać. Taki obraz, z drobiazgowym uwzględnieniem niewielkich przedmiotów w drobnomieszczańskim, a może raczej rzemieślniczym wnętrzu mógł, a pewnie nawet musiał stanowić gratkę dla odbiorców, poczciwych wówczas i sennych monachijczyków.
Seweryn Bieszczad (1852-1923) „Będzie lanie”, 1885 rok, źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie
Takie więcej niż dojrzałe kompozycje mogły istotnie pomóc zaliczyć artystę do klasy artystów z marką. Tak się jednak nie stało, wygląda nawet na to, że Bieszczad nie zbliżył się do licznej w Monachium kolonii polskich artystów z Józefem Brandtem, Alfredem Wierusz-Kowalskim i Maksymilianem Gierymskim na czele. Artysta nie dbał o dokumentacje swoich prac; na pewno niejedno małe arcydzieło czeka na odkrycie nad Izarą.To był jego drugi, istotny pobyt na studiach w Monachium. Co robił wcześniej, po ukończeniu krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych? Otóż w roku 1877 wyjechał na Wołyń, na zaproszenie kolegi ze studiów, Jana Weryhy-Darowskiego, do jego majątków w Piatyhorach, Łobaczowie i Popiełuchach. Pobyt przeciągnął się do roku 1879 i obfitował zarówno w niezliczone szkice pól, lasów i wiosek ukraińskich, jak i świetnie podpatrzone typy chłopów, miejscowych rolników, rzemieślników, urzędników gminnych i Żydów. Wrażliwy akwarelista, podpatrując także naturę, dawał dowody znakomitej obserwacji pejzażu, roślin, co przy lekkości pędzla i pewności ręki przestawało być suchą relacją i stawało się dziełem sztuki. Ciekawe – rysunki piórkiem Bieszczada z tamtego okresu, robione czarnym tuszem i sepią, mają zgoła inny charakter niż akwarele; kreska jest poszarpana, rzec by można, malarska, toteż te rysowane sceny zebrań wieśniaków, „spraw u wójta”, pogrzebów chłopskich robią wrażenie szkiców do obrazów; szkiców juz malarskich, z wyłączeniem efektów linearnych.
Seweryn Bieszczad (1852-1923) „Zaduma”, źródło: Muzeum Regionalne w Jaśle
Seweryn Bieszczad (1852-1923) „Czeladnik krakowski”, 1887 rok, źródło: Muzeum Historyczne Miasta Krakowie
Od 1879 roku Seweryn Bieszczad mieszkał w Krakowie przy ul. Szewskiej 6. Przeprowadził się tu także z Jasła jego ojciec z trzema córkami. (Dla obstalunków nasz artysta wyjechał do Birczy, gdzie przez pół roku wykonywał ilustracje do Pana Tadeusza dla generała Stanisława Ritter von Kowalskiego, właściciela tamtejszych dóbr; z zachowanych akwarel oprócz dynamicznych Klucznik Gerwazy i Jankiel grający na organach znalazły się kompozycje liche, robione mozolnie, najwyraźniej na specjalne zamówienie: mickiewiczowska Zosia ma nieciekawe rysy twarzy, ponadto wydaje się leciwa, a na pewno ma nieproporcjonalnie dużą głowę). Wprawdzie w Krakowie powstała jedna z najpiękniejszych wedut artysty – widok odważnie skadrowanego fragmentu krakowskiego rynku, wyszukany kolorystycznie, pełen powietrza, świetlistości i – w sztafażu – prawdy obyczajowej, ale wiadomo, że Kraków nie był jego ulubionym miejscem do życia. Wprawdzie tu się ożenił z Władysławą Żdżarska, córką powstańca styczniowego, siostrzenicą poety Edmunda Wasilewskiego, i tu na świat przyszły ich córka i syn, to jednak trudno mu było związać koniec z końcem. Choć wystawiał i pod Wawelem i w Warszawie, nie zabiegał, żeby wyrobić sobie markę, wreszcie trafił na twardy orzech do zgryzienia: intrygi ze strony kolegów. Po śmierci ojca w roku 1886 już nie było tak jak dotychczas, po trzech latach roku opuścił z rodziną Kraków i osiedlił się w Krośnie. Bliski czterdziestki zaczynał niejako od nowa, z dala od środowiska; od tych, którzy się liczyli, ale na których on już liczyć nie mógł.
Seweryn Bieszczad (1852-1923) „Wesele na Salwatorze”, 1886 rok, źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie
Chyba więc wybrał właściwie. Zbliżył się do ludzi wolnych zawodów, krośnieńskich lekarzy, architektów, publicystów, z ich pomocą robił wiele, aby mieszkańców uwrażliwić na sztukę, mowę wiązaną, muzykę. Wychowując, młodych zwłaszcza, przez sztukę, organizował okresowe wystawy malarskie. Od 1892, kiedy w Krośnie zawiązał się oddział towarzystwa Strzeleckiego „Sokół”, którego był członkiem, stworzył funkcjonujący w sali „Sokoła” ambitny teatr amatorski, którego był dyrektorem, reżyserem, wreszcie charakteryzatorem. Przedstawienia były przyjmowane entuzjastycznie przez publiczność, głównie komedie, ale ambitne; w repertuarze Fredro, Bałucki. Miał dobrych doradców, m.in. krośnieńskiego farmaceutę Ignacego Pika, który niebawem jako Franciszek Mirandola zyska rozgłos najpracowitszego tłumacza literatury pięknej. Był członkiem współzałożycielem krośnieńskiego towarzystwa artystycznego „Sztuka”. Wystawy były marginesem; zgromadzonym artystom (wśród nich rzeźbiarz Andrzej Lenik i malarz Stanisław Bergman) zależało przede wszystkim na odnawianiu kościołów i kaplic, ozdabianiu budynków użyteczności publicznej, projektowaniu i wykonawstwie winiet na listy, a nawet na faktury handlowe, wreszcie udała się rzecz równie ważna i pożyteczna: utworzenie dla młodych kursów rysunku, malarstwa i spojrzenia na dzieła sztuki. Bieszczad – artysta pożyteczny. Jest szansa na wypłynięcie wielu jeszcze jego prac, ponieważ – jak pisze córka, również malarka – nie ustając w pracy twórczej, tworzył setki, jeśli nie tysiące kameralnych płócien i akwarel, by tym sposobem „wyrugować z mieszkań oleodruki”.
Seweryn Bieszczad (1852-1923) „Jarmark w miasteczku”, między 1880 a 1890 rokiem, źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie
Chłodny, głodny i niebezpieczny czas I wojny światowej przeżył artysta w Krośnie. Już w roku 1914, 24 grudnia, w wigilię, spadł na niego cios, który tak przygniótł, że nie można było powziąć żadnej konstruktywnej decyzji: dwudziestojednoletni syn, Bronisław Bieszczad, żołnierz I Brygady Legionów Józefa Piłsudskiego (walczącej po stronie austrowęgierskiej z Rosjanami), poległ w krwawej bitwie pod Łowczówkiem. Po zakończeniu wojny, gdy w niepodległej już Polsce brakowało porządnego samorządu i nie można było liczyć na stabilizację, a artyści bez śladu rozgłosu mieli niewielkie szanse na przeżycie, Bieszczad wyjechał i osiadł w Pleszewie, w Poznańskiem. Przez cztery lata – tak jak ongiś jego ojciec – otrzymywał od zaprzyjaźnionego duchowieństwa zamówienia nie tylko na obrazy o treści religijnej, lecz także na portrety i pejzaże dla przemysłowców. Wiosną 1923 wrócił do Krosna, chory i słaby, żeby spokojnie pożegnać się z bliskimi i przyjaciółmi. Z początkiem lata tamtego roku zgasł w siedemdziesiątym pierwszym roku życia. Krosno pamięta.
Seweryn Bieszczad (1852-1923) „Wizyta”, 1884 rok, źródło: Desa Unicum
Seweryn Bieszczad (1852-1923) „Kolęda”, 1884 rok, źródło: Desa Unicum
Źródła:
-
Aleksandra Melbechowska-Luty i Anna Misiag-Bocheńska, hasło „Seweryn Bieszczad w I tomie Słownika Artystów Polskich, Wrocław – Warszawa – Kraków – Gdańsk, 1971.
-
Anna Mazurek, Bieszczad / artysta niespełniony, Muzeum Podkarpackie w Krośnie, Krosno 2026.
-
Wykorzystałem ponadto notatki z kwerend własnych
Autor: Marek Sołtysik
Prozaik, poeta, dramaturg, krytyk sztuki, edytor, redaktor, artysta malarz i grafik, ilustrator, był pracownikiem w macierzystej Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, w której ostatnio sporadycznie wykłada. Od roku 1972 publikuje w prasie kulturalnej. Autor kilkudziesięciu wydanych książek oraz emitowanych słuchowisk radiowych, w tym kilkunastu o polskich artystach, prowadzi także warsztaty prozatorskie w Studium Literacko-Artystycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Ulubiony artysta: Rafał Malczewski.
zobacz inne teksty tego autora >>












Znakomity esej! Ale jak
Malarz chwyta pióro to efekt jest przedni.