Jan Stanisławski zwany był „wielkim malarzem małych obrazów”. Nie inaczej jest i tym razem. Na początek jednak zajrzyjmy do „Wesela” pióra Stanisława Wyspiańskiego i posłuchajmy co też mówi ze wzruszeniem Pan Młody:

A trafiaj ty orły z proc,
ja wolę gaik spokojny,
sad cichy, woniami upojny:
żeby mi się kwieciły jabłonie
i mlecze w puchów koronie,
i trawa schodziła zielona,
kręciła się przy mnie żona,
żebym miał kąt z bożej łaski,
maleńki, jak te obrazki,
co maluje Stanisławski
z jabłoniami i z bodiakiem
we złotawem słońcu takiem…
żeby mi tam było cicho, spokojnie,
a jeśli gwarno i rojnie,
to od brzęczących pszczół, błyszczących much.

Nie będzie tym razem o słynnych bodiakach, które tak umiłował malować Stanisławski. Pisał o tym Grzymała-Siedlecki w książce „Niepospolici ludzie w dniu swoim powszednim”: „W odtwarzanym krajobrazie, w tych kwiatach, w tych legendarnych swych bodiakach (…), kochał się z podświadomym czuciem, że on i przyroda to jedno”. Za to mamy tutaj zapewne, choć nie ma ich fizycznie na obrazie, owe „brzęczące pszczoły”. Nie widać pszczół, ale słychać, tak jak słyszymy muzykę uczestnicząc w plenerowym koncercie. Miriam Przesmycki napisze później, że krajobrazy Stanisławskiego śpiewają, a on „widzi tylko światłości falowanie, tylko plam barwnych przelewność, tylko sylwet ruchliwy charakter, tylko wiązanie tych zasadniczych pierwiastków optycznych w zamknięte, niby muzyczne frazesy”.

"Ule na Ukrainie" Jana Stanisławskiego wiszące w Sukiennicach w Krakowie, źródło: archiwum autora

„Ule na Ukrainie” Jana Stanisławskiego wiszące w Sukiennicach w Krakowie, źródło: archiwum autora

Duży malarz małych obrazów –  wspomnieliśmy wyżej, że tak czasami określało się Jana Stanisławskiego. Dlaczego? „Ten olbrzym z Ukrainy…” – pisał o nim Józef Czapski. Tadeusz Żeleński Boy tak go wspominał: „Ten olbrzym, gruby jak piec, był podobny do Pantagruela z ilustracji Dorégo. […] Malował maleńkie obrazki – małe cudowności – stanowiące wymiarem swym zabawny kontrast z jego olbrzymią postacią […]. Miał pasję nauczycielską, masę czasu poświęcał uczniom; przy tym był żarłok i smakosz, potrafił zjeść półmisek kołdunów […]. W krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie prowadził klasę pejzażu, wprowadził obyczaj wyjazdów plenerowych dla studentów. Jego obrazowe miniatury (ok. 20 x 30 cm) powstawały od jednego razu, tłustymi plamami farb. Nie ma na nich ludzi, nie opowiadają żadnej historii. Chwytał grę świateł, czy falowanie rozgrzanego powietrza”.

I dzisiaj jedną taką „małą cudowność” przedstawimy. Można oczywiście dyskutować i się nie zgodzić, ale osobiście uważam to malarskie dzieło artysty za najpiękniejsze w jego poważnym dorobku twórczym. To może jeszcze jedna historyjka o naszym ulubionym artyście, odnosząca się do wielkości tworzonych obrazów. Lubił Stanisławski biesiadować, a co się z tym nieodzownie łączy, debatować przy tym na tematy wszelakie. Jego przyjaciel, także malarz, ale i człowiek niepozbawiony nuty humoru, Teodor Axentowicz, tak oto tłumaczył, czemu obrazy artysty są takie małe. „Stanisławski maluje małe obrazki, bo chce jak najprędzej rzecz namalować i móc już potem cały dzień mieć do gadania”. Boy Żeleński widział to tak: „Malował maleńkie obrazki – małe cudowności – stanowiące wymiarem swym zabawny kontrast z jego olbrzymią postacią, ale właśnie podobno tusza jego była przyczyną ich maleńkości: przy większym obrazie zanadto go męczył konieczny ruch ciągłego zbliżania się i oddalania”. Myślę, że to zbytnie uproszczenie, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że uczestniczył jako jeden z kilku malarzy przy tworzeniu panoramy „Berezyna”, które to malowidło miało 120 metrów w obwodzie i 15 metrów wysokości. Zapewne były także inne wytłumaczenia, ale przyjmijmy za prawdopodobne to, które przedstawił malarz i pisarz Ignacy Witz: „Dlatego przede wszystkim, że każdy z tych obrazów, a może ścisłej mówiąc: obrazków, jest jak gdyby zapisem w najbardziej osobistym pamiętniku. Pamiętniku, w którym uwieczniony zostaje każdy najprzelotniejszy kaprys”.

Jan Stanisławski (1860-1907) "Ule na Ukrainie", 1895 rok, źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

Jan Stanisławski (1860-1907) „Ule na Ukrainie”, 1895 rok, źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

Artystę uznaje się za twórcę krakowskiej szkoły pejzażowej.  Któryś z uczniów malarza nazwał go kiedyś „Atamanem”. „Nie hetmanem – pisał  Grzymała-Siedlecki – lecz właśnie atamanem. Nie bez powodu. Kozacki ten termin doskonale się schodził z nie tajonymi przezeń sentymentami do Ukrainy, stepowych krajobrazów, ukraińskich zachodów słońca, etc., do ziemi mlekiem płynącej i miodem”. Jak płynie miód, to muszą być „brzęczące pszczoły”, no i przede wszystkim ule. Wiadomo nam wszystkim, że człowiek bodaj zawsze ma wielki sentyment do miejsca swojego urodzenia. A Stanisławski urodził się przecież w samym centrum Ukrainy. „Tak tedy, kiedy się genetycznie bada pierwiastki sztuki Stanisławskiego (…), niektórych z nich początek odnachodzi się wśród Francuzów i wśród milieu Ukrainy” – powiadał Marian Olszewski. I taki jest właśnie obraz „Ule na Ukrainie”

Artysta kilkakrotnie odwiedza Paryż. Tam spotka się z mieszkającym w tym mieście nad Sekwaną Józefem Chełmońskim. Połączy ich przyjaźń, a Stanisławski będzie wielbił Chełmońskiego do końca dni swoich. Ba, twórca Bocianów był dla naszego bohatera wręcz bożyszczem. [Biada temu, kto powiedział choć jedno złe słowo o jego obrazach. Znany jest przypadek, że pewien krakowski profesor germanista coś negatywnego wygłosił na pokazie Racławic, a że był postury „hinduskiego głodomora”, to Stanisławski omal go swym wielkim brzuchem nie zagniótł. Oczywiście nic by mu nie zrobił, gdyż jak sam Chełmoński mówił o Stanisławskim – był człowiekiem na wskroś prawym i czystego serca]. Widzi zatem w Paryżu Stanisławski, że jego starszy kolega po fachu nie bardzo przejmuje się nowoczesnym malarstwem francuskim i maluje zapamiętane w Polsce czy na Ukrainie pejzaże i sceny rodzajowe, w tym słynne „Trójki” i „Czwórki”. Gdy „Ataman” przybywa nad Sekwanę kolejny raz, to zapewne dochodzi do wniosku, że przecież i on może tutaj malować zapamiętane ukraińskie pejzaże, ale już zgodnie ze zdobyczami współczesnej francuskiej sztuki. Przyswaja sobie zatem ten nastrojowy impresjonizm i tworzy Ule na Ukrainie, dzieło które wielu uważa, za naj (najsłynniejsze, najpiękniejsze, najlepsze) w jego dorobku. Eksperymentuje artysta zgodnie z założeniami francuskiego impresjonizmu i wychodzi mu…arcydzieło malarstwa polskiego.

Fragment Sali Chełmońskiego w Sukiennicach w Krakowie z widocznym obrazem Stanisławskiego, źródło: archiwum autora

Fragment Sali Chełmońskiego w Sukiennicach w Krakowie z widocznym obrazem Stanisławskiego, źródło: archiwum autora

Zajrzyjmy teraz do katalogu dzieł sztuki krakowskich Sukiennic, skąd warto przytoczyć w tym miejscu dłuższy fragment: „Malowany w Paryżu miniaturowych rozmiarów obraz Jana Stanisławskiego, przedstawiający Ule na Ukrainie, należy do najpiękniejszych i najlepiej rozpoznawalnych przykładów interpretacji francuskiego impresjonizmu w malarstwie polskim. Uchwycony „pod słońce” fragment pasieki z ulami ustawionymi rytmicznie wśród gęstwiny krzewów i drzew owocowych kresowego sadu stał się dla artysty pretekstem do zarejestrowania wrażenia wywołanego przez światło, odtworzenia migotliwej gry letniego, mocnego słońca i uchwycenia na płótnie zmienności barw. (…). Pełna kwiatów łąka, malowana drobnymi plamkami kolorów, niemal pointylistycznie, sprawia wrażenie rozedrganej, a ukazane w głębi poskręcane, bezlistne gałęzie starej jabłoni tworzą na tle nieba efektowną i dekoracyjną sieć, dodającą kompozycji dramatyzmu”.

Gdy patrzę na ten obraz, czy też patrzyłem podczas ostatniej mojej wizyty w Galerii (jak jest obecnie, nie wiem), to uważam, że obraz „Atamana”  zawieszony jest w muzeum mało szczęśliwie, co może spowodować, że umknie on „niedzielnemu” zwiedzaczowi. Prezentowany jest obok dużych wymiarów autoportretu Anny Bilińskiej i to on raczej przyciąga wzrok. Po lewej i prawej jego stronie prezentowane są małe obrazki naszych wielkich mistrzów pędzla. Po lewej obok bohatera tego szkicu dzieło Wyczółkowskiego, po prawej obrazki takich twórców jak de Lauvex i Podkowiński, a dzieło Bilińskiej wszystkie je po prostu przytłacza. Takie arcydzieło jak „Ule na Ukrainie” wymaga jednak specjalnego rodzaju prezentacji w wielkiej muzealnej sali, jaką jest „Sala Chełmońskiego” w Sukiennicach, gromadząca dzieła artystów okresu Młodej Polski.

Źródła:

  • T. Boy-Żeleński: Znasz-li ten kraj. Ebook.
  • Galeria Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach. Katalog zbiorów. Kraków 2015.
  • A. Grzymała-Siedlecki: Niepospolici ludzie w dniu swoim powszednim. Kraków 1961.
  • S. Krzysztofowicz-Kozakowska: Jan Stanisławski i jego uczniowie. Ożarów Maz. 2015.
  • M. Olszewski: Jan Stanisławski. Lwów 1906.
  • Sztuka Polska. Malarstwo. Pod kierownictwem F. Jasieńskiego i A. Łady-Cybulskiego, Lwów 1904.
  • I. Witz: Polscy malarze, polskie obrazy. Warszawa 1970.

Autor: Leszek Lubicki

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego (Profilaktyka społeczna i resocjalizacja). Nie jest zawodowo związany ze sztuką, tylko osobą zainteresowaną polskim malarstwem przełomu XIX/XX wieku, okresem, który Maria Poprzęcka nazwała “Szczęśliwą godziną”, czyli najbujniejszym i najbogatszym w polskiej sztuce. Swoje teksty publikuje m.in. w kwartalniku “Krytyka Literacka”, miesięczniku “Historia do Rzeczy” oraz na portalach “Niezła Sztuka” oraz “Super historia”. Wcześniej publikował w magazynach podróżniczych “Polska Wita” i “W podróży”.
Ulubiony artysta: Władysław Podkowiński

zobacz inne teksty tego autora >>