Urodzony w Drohobyczu Wilhelm Postel de Leopolski (1828–1892) ukończył prawo na Uniwersytecie Lwowskim, wcześniej otarł się o Wiedeń, gdzie przez dwa lata studiował podstawy malarstwa. Z polskiej rodziny szlacheckiej o austriackich korzeniach, dla sztuki porzucił karierę adwokata, potem prawie dziewięć lat poświęcił studiom malarskim: w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie; w pracowniach mistrzowskich Akademii wiedeńskiej i – uwaga, po dwunastu latach kariery wolnego artysty! – w Akademii monachijskiej. Gdy tam z pokorą się wybrał, miał w dorobku najlepszy obraz swojego życia Zgon Acerna.

Przyciągające ciepłym światłem, z klasycznym spokojem skomponowane płótno przedstawia ostatnie chwile Sebastiana Klonowica – Acernusa, w lubelskim szpitalu św. Łazarza. Konający poeta-prorok, autor krytykującego duchowieństwo poematu alegorycznego Victoria Deorum – dzieła ogłoszonego drukiem, w dobie kontrreformacji potępionego przez papieża i spalonego przez jezuitów w Lublinie – rozważa możliwość proponowanego nawrócenia podczas rozmowy z zakonnikiem.

Wilhelm Leopolski "Zgon Acerna", lata 1865-1867, źródło: Lwowska Galeria Sztuki

Wilhelm Leopolski „Zgon Acerna”, lata 1865-1867,
źródło: Lwowska Galeria Sztuki

Wilhelm Leopolski "Zgon Acerna", lata 1865-1867, źródło: Muzeum Narodowe we Wrocławiu

Wilhelm Leopolski „Zgon Acerna”, lata 1865-1867,
źródło: Muzeum Narodowe we Wrocławiu

Wilhelm Leopolski "Klucznik Gerwazy, ok. 1874 roku, źródło: Muzeum Narodowe we Wrocławiu

Wilhelm Leopolski „Klucznik Gerwazy, ok. 1874 roku,
źródło: Muzeum Narodowe we Wrocławiu
(uszkodzony w chwili zwątpienia przez artystę; nabywca naprawił podobrazie i malaturę własnym sumptem)

Oprócz wrażeniowego szkicu malarskiego, jeszcze bez udziału modeli, istnieją dwie wersje tego kolosalnego obrazu. W jednej z nich scenę obserwuje stojący w głębi słynny wenerolog, nadworny lekarz króla Stefana Batorego, doktor Wojciech Oczko. W drugiej, warsztatowo doprowadzonej do szczytów perfekcji, postaci doktora nie ma. Jedni świadkowie piszą, że dr Oczko znikł, ustępując prawom kompozycji, inni, że gdyby pozostał, psułby anegdotę: rozmowa bez świadków to tajemnica. Tajemnicę lubi nie tylko widz. Także ktoś, kto wyciągnie z niej korzyść. Mistrzowska kompozycja, przejmujące efekty światłocieniowe, niezrównany realizm przedstawienia – czy trzeba więcej? Nic, tylko zamknąć się w pracowni i tak tworzyć dalej.

Znajomi Leopolskiego widzieli, jak przez wiele lat dręczył artystę ten obraz. Całymi miesiącami, czekając, aż przeschnie warstwa podmalówki, obmyślał, jak przesunąć postać jezuity – i rzeczywiście przestawiał. Przesuwał o centymetr… Żeby to raz! Podobnie było z całkowitym zamalowaniem postaci doktora Oczki wraz ze świetnie kiedyś narysowanymi dłońmi trzymającymi tacę z lekarstwem.

Wahał się, ale w końcu podejmował decyzję. Czy trafną? Podobnie zachowywał się w życiu. Pamiętano mu, że tygodniach poprzedzających wybuch powstania styczniowego usunął się z pola widzenia środowiska. Zaszył się w Brodach, u brata, poborcy podatkowego. Trudno orzec, jaki był jego stosunek do powstania, ale w sytuacji, gdy młodsi odeń malarze zaciągali się w szeregi, tego rodzaju désintéressement nie robił dobrego wrażenia. Z dala od zgiełku nie tracił jednak czasu: stworzył cykl obrazów z życia brodzkich Żydów. Realizm tych płócien rodzajowych budził respekt widzów bez względu na ich poglądy.

Co nie znaczy, że animozje nie wypłyną, i to po kilkunastu latach.

Wybitny portrecista, znany z wypełnionych psychologiczną prawdą wizerunków głośnego krytyka Lucjana Siemieńskiego, Laury Fried ze znanej lwowskiej rodziny, Józefa Brzostowskiego, odsunął płótna, zapragnął towarzystwa. A może we Lwowie, gdzie w końcu po Krakowie i Brodach osiadł, już mu było za ciasno? Wyprawił się – sygnalizowałem – do Monachium. Znowu student! Wprawdzie po pierwszym półroczu otrzymał w Akademii pierwszą nagrodę za Mnicha czytającego, sprawdził się, miał z czego być dumny, ale nie minął kolejny rok i do Lwowa „wrócił zły, rozgorączkowany, skarżący się na cały świat, niezdolny do żadnej pracy” ― wspominał w Kraju zaprzyjaźniony z nim literat Józef Rogosz.

Leopolski – którego jasny w tonacji i o miękkim modelunku portret Karoliny Hoffmanowej, namalowany z naturalnością, bez pomijania brodawek na twarzy, tak różni zwykle w swych ocenach krytycy, Feliks Kopera i Jerzy Mycielski, okrzykną po latach arcydziełem – nie mógł sobie znaleźć miejsca także i we Lwowie.

Wilhelm Leopolski "Portret Kazimierza Grocholskiego", 1880 rok, źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

Wilhelm Leopolski „Portret Kazimierza Grocholskiego”, 1880 rok,
źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

Wilhelm Leopolski "Portret Karoliny Hoffmanowej", 1870 rok, źródło: Muzeum Narodowe we Wrocławiu

Wilhelm Leopolski „Portret Karoliny Hoffmanowej”,
1870 rok, źródło: Muzeum Narodowe we Wrocławiu

Wilhelm Leopolski "Portret Lucjana Siemieńskiego", między 1863 a 1866 rokiem, źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

Wilhelm Leopolski „Portret Lucjana Siemieńskiego”, między 1863 a 1866 rokiem,
źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

Źródła:

  • Małgorzata Biernacka, hasło w V tomie Słownika Artystów Polskich…, Warszawa 1993
  • Katarzyna Rutkowska, Malarstwo Wilhelma Leopolskiego, Warszawa 2004
  • Marek Sołtysik, Talent pod presją albo Przypadek Leopolskiego, „Palestra”, Nr 9-10,
    Warszawa 2003

 

[Część II artykułu „Leopolski – polski Rembrandt” już wkrótce!]

Autor: Marek Sołtysik

Prozaik, poeta, dramaturg, krytyk sztuki, edytor, redaktor, artysta malarz i grafik, ilustrator, był pracownikiem w macierzystej Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, w której ostatnio sporadycznie wykłada. Od roku 1972 publikuje w prasie kulturalnej. Autor kilkudziesięciu wydanych książek oraz emitowanych słuchowisk radiowych, w tym kilkunastu o polskich artystach, prowadzi także warsztaty prozatorskie w Studium Literacko-Artystycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Ulubiony artysta: Rafał Malczewski.

zobacz inne teksty tego autora >>