Tak mało brakowało, a mielibyśmy w historii sztuki polskiej wybitnego i sławnego przedstawiciela malarstwa, jednego z tych nielicznych, którzy tworzą areopag artystów skupionych wokół Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Jak to się stało, że popadł w niepamięć?… Kto i dlaczego stanął Stanisławowi Grocholskiemu na drodze kariery i godnego życia – o tym za chwilę. Przyjrzyjmy się, a kim mamy zaszczyt. Stanisław Grocholski herbu Syrokomla (1860 [58?] –1931) urodził się w Żołyni koło Łańcuta jako jedno z siedmiorga dzieci Antoniego i Izabeli z Wysockich. Ojciec, ze starej szlachty, uciekinier z Wołynia jeszcze po powstaniu listopadowym zaaklimatyzował się w Galicji, ale że postradał włości, zostawiając je pod zaborem rosyjskim, musiał utrzymywać się z pracy buchaltera z dobrach Potockich w Żołyni. Nie wiadomo, gdzie się kształcił Stanisław, żądny wiedzy i coraz świetniej rysujący, początkowe nauki pobierał zapewne w szkole w Żołyni, w Łańcucie ukończył szkołę realną, a że ani tam, ani w pobliskim Leżajsku nie było gimnazjów, badacze przypuszczają, że staranne wykształcenie otrzymał w Zamościu, w każdym razie oczytany i znający już wtedy kilka języków znalazł się w roku 1877 w Krakowie. Tam przez trzy lata studiował pilnie w Szkole Sztuk Pięknych pod kierunkiem najpierw Władysława Łuszczkiewicza, później Jana Matejki.
Stanisław Grocholski (1858-1932) „Portret kobiety”, XIX/XX w., źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie
Należał do najzdolniejszych uczniów, jego prace były zauważane w prasowych relacjach z organizowanych cyklicznie wystaw twórczości adeptów. Z opanowaną techniką malarską i z rysunkową biegłością, nabytą w Krakowie podczas wieczornych rysunków aktu, od roku 1880 kontynuował studia w Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, uczelni przewyższającej krakowską przede wszystkim kubaturą i wystrojem oraz pensjami profesorów. Jego pierwszym profesorem na wydziale malarstwa był Christian Griepenkerl, podobnie jak w Krakowie Matejko i Łuszczkiewicz, malarz historyczny i portrecista. W następnym semestrze studiował tamże u malarza historycznego i wybitnego pedagoga artystycznego Carla Wurzingera. Niepewne źródła napomykają również o krótkim okresie studiów Grocholskiego w pracowni Léona Bonnata w Paryżu, mamy natomiast stuprocentową pewność (dokumenty akademickie, przebadane przedstawione przez Halinę Stępień, relacje w dziennikach artystów), że od roku 1881 studiował on w Bawarskich Atenach, wówczas jeszcze stolicy sztuki, w sławnej Akademii Monachijskiej, w pracowni Sándora (Alexandra von) Wagnera, mistrza pędzla, wyzwalającego w adeptach temperament, przygaszony studiowaniem rysunkowym gipsowych odlewów figur antycznych – tę okiełznaną świetnym, już nabytym warsztatem, dozę szaleństwa, dzięki której może powstać dzieło sztuki, a nie wyłącznie malowidło. Oczywiście, jak to wtedy w Monachium było w zwyczaju, uczęszczanie do pracowni w Akademii lub w prywatnych atelier jej profesorów mogło trwać całymi latami – w przypadku naszego artysty było to lat blisko dziesięć – i nie oznaczało to, że młody twórca studiujący nie może wystawiać swoich oryginalnych kompozycji. Wręcz przeciwnie: działając pod kierunkiem sławnego mistrza miał utorowaną drogę do wystaw. już w 1884 Grocholski wystawił swój arcymistrzowski, poruszający, a może dla niektórych widzów wstrząsający obraz Śmierć sieroty, z wymiennym tytułem Stroskana matka. To realistyczne płótno dużych rozmiarów, utrzymane w tonacji chłodnych brązów, szlachetnych szarości i zgaszonych bieli, ukazuje scenę sugestywną w wyrazie, doskonale skomponowaną, z malarskim wyzwaniem, które dwadzieścia lat wcześniej wygrał Manet w Olimpii – biel mianowicie namalowana na tle bieli. Chłodna biel koszulki chorej dziewczynki, zestawiona jest z cieplejszą bielą nieco już brudnawej poduszki i ubogiej pościeli. Nikłe światło dnia, padające z lewej strony, domyślamy się, że z niewielkiego okna mansardy, w pewnym momencie staje się bardziej intensywne ze sprawą słońca i oświetla fragmenty czoła, policzka i ręki rozgorączkowanej małej pacjentki. Znakomicie namalowane ręce matki, a może opiekunki, piękne, harmonijne rysy twarzy młodej kobiety i dziecka, wraz z rozpaczliwym smutkiem, szlachetnie przełamanym spokojem rezygnacji, wreszcie dopełniające siłę nastroju zwykłe, domowe przedmioty na nachtkastliku, wszystko to się złożyło na taką siłę przyciągania, że zawsze w czasie trwania wystaw w Monachium, Wiedniu i w Berlinie przed obrazem gromadził się wianuszek widzów.
Stanisław Grocholski (1858-1932) „Śmierć sieroty”, 1884 r., źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie
Grocholski wystawiał już wcześniej; od roku 1878 w Towarzystwie Sztuk Pięknych we Lwowie, w Krakowie, a w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie niemal rok po roku od 1881, a od roku 1883 systematycznie w Warszawie w Salonie Krywulta. W tamtym okresie chętnie malował sceny z życia Żydów, głównie malownicze Modlitwy. Już wtedy przymierzał się do malowania kompozycji rodzajowych z życia Hucułów. W 1882 (są źródła, które mylnie podają 1892) namalował duży obraz Modlący się Żyd. Cała uwaga widza skupia się na twarzy i znakomicie namalowanych dłoniach pogrążonego w bliskiej ekstazy modlitwie. Środki malarskie oszczędne, impast bez laserunków, chłodna tonacja kolorystyczna; zredukowane szczegóły, ostry światłocień wyznacza formę. Przepysznie malowane rodzajowe płótno Suszenie bielizny, wystawione w Glasspalast, zostało zakupione przez znanego w kręgach monachijskich konesera, księcia regenta Luitpoldta. Grocholski był artystą wszechstronnym, parał się ilustracją prasową. Jego rysunki i reprodukcje dzieł od połowy lat osiemdziesiątych XIX w., aż do końca wieku, zamieszczały najważniejsze periodyki niemieckie i warszawskie. Zawsze interesowało go światło padające na postacie we wnętrzu. Jego Pieta, płótno formatu wydłużonego prostokąta, z twarzą i torsem zdjętego z krzyża Chrystusa oświetlonymi gorącym blaskiem, z nogami w zimnym cieniu, z akcentem krwi na stopie, przenikającej przez całun, to artystyczna rejestracja metafizycznej wizji. Dużym uznaniem cieszyło się Wnętrze kościoła jego pędzla, wystawione w 1886 roku w Wiedniu. Na dwadzieścia lat pobytu artysty w Monachium dziesięć przypadło na kierowanie własną – początkowo wspólną z Wacławem Szymanowskim – Szkołą Rysunku i Malarstwa, działającą na podobnych zasadach jak założona w tym samym, 1891 roku, legendarna już Ažbè-Schule Antona Ažbègo. I tu, i tam studenci, bez względu na zaawansowanie, ważne, że z zapałem i z miłością do sztuki, uiściwszy stosowne czesne, uczęszczali do jednej wspólnej pracowni. Co dawała szkoła Grocholskiego – koedukacyjna w odróżnieniu od Akademii, która nadal kobiet nie przyjmowała na studia? Oprócz normalnych ćwiczeń rysunkowych, mniej odlewów gipsowych, częściej nagiego modela, miała w programie naukę malarstwa. Rysunek jednak, w odróżnieniu od prac akademickich, robiony był nie ołówkiem, lecz miękkim węglem, rozcieranym gumą chlebową, palcami, raczej nie twardawym wiszorkiem, stosowanym w Akademiach. Malarstwo w tej szkole to nie mechaniczne odtwarzanie modeli czy martwej natury, lecz zdecydowana kreacja, związana z poszukiwaniem takich zestawień koloru i waloru, dzięki którym płótno ożywało, nabierało sensu. Tu nie trzeba było malować cienkimi, włosowymi pędzelkami, tu się malowało szerokimi pociągnięciami szczecinowych pędzlisków. Wacław Szymanowski kiedyś pokazał zdumionym adeptom, jak w godzinę namalować znakomity portret bez używania ołówka, bez podmalówki, wyłącznie alla prima. Zajęcia odbywały się we własnym domu własnym państwa Izabeli i Stanisława Grocholskich w Neu-Passing pod Monachium. W domu przyjaznym licznie tam bywającym Polakom. Po dwóch latach Grocholski, po odejściu skonfliktowanego z nim Szymanowskiego, prowadził szkołę sam. Ciekawe, wielu początkujących, a także coś już umiejących malarzy wybrało szkołę Grocholskiego z uwagi na… centralne ogrzewanie. W krakowskiej bowiem Szkole Sztuk Pięknych pod tym względem było kiepsko; piece i nie wystarczające dostawy węgla. Względy towarzyskie także robiły swoje; w obecności dam nie można było się zaniedbywać. Lista obecności: m.in. Zofia Atteslander, Władysław Granzow, Gustaw Gwozdecki, Soter Jaxa Małachowski, Ignacy Pieńkowski, Tadeusz Popiel, Henryk Szczygliński, Edward Okuń. Wśród trzydziestu czterech uczniów byli także Marian Trzebiński, malarz i świetny pamiętnikarz, o dziwo, także pisarz Adolf Nowaczyński, który opuścił Kraków będąc w opałach w związku z okrzykiem „Vive l’anarchie!”, który wzniósł w restauracji Rosenstocka w dniu zabójstwa cesarzowej Elżbiety II.
Stanisław Grocholski (1858-1932) „Modlący się Żyd”, 1892 r., źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie
Przystojnego i inteligentnego dyrektora jak wspominają studenci? „Umiał dużo – pisał Trzebiński – uczył dobrze, lecz był twardego karku, co nigdzie nie jest mile widziane, a najmniej w Polsce”. Był Grocholski dla studentów postacią charyzmatyczną. Niezwykły, szczerze kochany, wspominano. Adolf Nowaczyński, znawca dusz ludzkich, zauważył atoli, że mistrz, sceptyk, pesymista, złośliwy i gorzki, człowiek głębokiego spokoju i harmonii duszy, prezentujący dojrzałość męskiego temperamentu – co rzadkie wśród polskich artystów – robił to, czego nie lubił… Co to znaczy? Otóż trzeba było utrzymać dom i szkołę, zapewnić bliskim co najmniej dobre warunki, a żeby tego dokonać, należało malować takie obrazy, które na pewno zostaną od razu sprzedane. Nie starczyło czasu na realizację tego, co się w duszy śni, nie można było czekać na olśnienie, na wizję, która poprzedza stworzenie arcydzieła… lub knota. Na własny rachunek. Nie mógł ryzykować, nie stać go było na eksperyment. Pewnie dlatego przy wyjątkowych możliwościach sztuka Grocholskiego sytuowała się na poziomie wprawdzie wyrównanym, acz średnim. W przedostaniu się na wyższy poziom nie pomagali artyście krajowi krytycy. Jeden z nich, dziś już nieważny, zarzucał ekspresyjnemu obrazowi Grocholskiego, zatytułowanemu wymiennie U wróżki i Odczynianie uroku, kompozycji dynamicznej, złożonej z dwóch planów (postać gwałtownie oświetlonej wróżki zdaje się wychodzić poza ramy obrazu, wnętrze chaty huculskiej z kimś chorym w łóżku i z postaciami majaczącymi w pomroce), zarzucał więc, że twarz wróżki niewiele ma wspólnego z typem huculskim, „przecież to zwykła Niemka”. W mało chyba sensownej krytyce kryła się pretensja do artysty, że nie odwiedza rodzinnych stron, możliwe także, że działała konkurencja w osobie Wacława Szymanowskiego, którego rozbrat z Grocholskim brał się z podejrzeń tego pierwszego, że ten drugi podkrada mu tematy huculskie. Rok 1893 był z wielu względów ważny dla Grocholskiego. Artysta okazał się zdecydowanym zwycięzcą konkursu malarskiego warszawskiej Zachęty oraz „Tygodnika Illustrowanego”. Obrazem Modlitwa Żydów w wagonie zdystansował dzieła nadesłane przez Gersona, Axentowicza, Fałata… Fałat był pamiętliwy (świadczą o tym m.in. zapisy w Pamiętniku Wojciecha Kossaka), po roku nie darował zawodowej porażki, o czym napomknę za chwilę. Grocholski zasilił nowo powstałe rok wcześniej Verein Bildender Künstler Münchens Secesion – stanowiące fundament europejskiej secesji. Tymczasem w Krakowie zmarł Matejko, nowym dyrektorem Szkoły Sztuk Pięknych został mianowany Henryk Rodakowski i to on, kompletując nowy skład profesorski, wysunął kandydaturę Stanisława Grocholskiego na profesora, kierownika jednej z dwóch pracowni malarstwa. W monachijsko-krakowskich kontaktach z Rodakowskim pomagał artyście Piotr Stachiewicz. Twórca malarskiego cyklu Legend o Matce Boskiej zapewniał Rodakowskiego, że kandydat Grocholski „nie jest niespokojnego ducha”, lecz właśnie „przede wszystkim spokoju pragnie”. Przyszły dyrektor kandydaturę zatwierdził Los zrządził lub pech chciał, że Rodakowski zmarł podczas pisania mowy inauguracyjnej i dyrektorem Szkoły Sztuk Pięknych został mianowany Julian Fałat. Fałat w atmosferze skandalu odwołał nominację Grocholskiego. Porażka spowodowała w Grocholskim poczucie odrzucenia. Zerwał więź z krajem. Malował, wystawiał wiele, jego obrazy znajdowały nabywców także w Anglii. Zamknął szkołę, sprzedał dom i wraz z żoną wyjechał do Ameryki. Będąc człowiekiem o niezłomnym charakterze, jak podsumowuje Trzebiński, „ciężki żywot pędził Grocholski biedny, zarówno w Monachium, jak i w Ameryce, gdzie zmarł w biedzie”
Stanisław Grocholski (1858-1932) „U wróżki”, przed 1895 r., źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie
Przybliżę. Za oceanem przebywał kolejno w Milwaukee, San Francisco, Chicago i Nowym Jorku, by osiąść w Buffalo. 18 maja 1906 roku wskutek trzęsienia ziemi o mało nie zginał pod gruzami, w których wraz z majątkiem Grocholskich legła część jego dorobku. W Chicago – uznawany za człowieka wielkiej wartości i wysokiej kultury – kończąc malowanie polichromii dla polonijnego neobarokowego kościoła św. Jadwigi uległ poważnemu wypadkowi i stracił oko. Od jesieni 1920 przez dwa lata – pożądany jako poliglota – był skromnie opłacanym urzędnikiem w konsulacie polskim w Buffalo. Nie utrzymywał kontaktów z krajem. Wyjątkiem była sporadyczna korespondencja z bratem mieszkającym we Lwowie. Schorowany, załamał się w 1929 po śmierci żony. Zmarł samotnie w szpitalu Lafayette General w Buffalo. Aż do XXI wieku jego najsłynniejszy obraz Śmierć sieroty tkwił w półmroku magazynów Muzeum Narodowego w Krakowie. Teraz można go oglądać we właściwym miejscu – w Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku MNK w Sukiennicach.
Źródła:
-
Aleksandra Melbechowska Luty, hasło „Stanisław Grocholski” w II tomie Słownika Artystów Polskich…Wrocław, Warszawa, Kraków, Gdańsk 1975
-
Marian Trzebiński, Pamiętnik malarza, Wrocław 1958
-
Adolf Nowaczyński [Clarus], Monachijczycy nowocześni. Obrazy i ludzie, „Kraj”, 1900, w numerach 18, 19, 29, 22
-
Helena Blumówna, hasło „Stanisław Grocholski” w Polskim Słowniku Biograficznym, tom VIII/4, zeszyt 29. Wrocław 1960
-
Magdalena Mnich, [Stanisław Grocholski] [dostęp 2 marca 2026]
-
Halina Stępień, Maria Liczbińska, Artyści polscy w środowisku monachijskim w latach 1824-1914. Materiały źródłowe, Kraków 2000
Autor: Marek Sołtysik
Prozaik, poeta, dramaturg, krytyk sztuki, edytor, redaktor, artysta malarz i grafik, ilustrator, był pracownikiem w macierzystej Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, w której ostatnio sporadycznie wykłada. Od roku 1972 publikuje w prasie kulturalnej. Autor kilkudziesięciu wydanych książek oraz emitowanych słuchowisk radiowych, w tym kilkunastu o polskich artystach, prowadzi także warsztaty prozatorskie w Studium Literacko-Artystycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Ulubiony artysta: Rafał Malczewski.
zobacz inne teksty tego autora >>







![Roman Kochanowski. Krakowianin w Monachium [część I] Roman Kochanowski. Krakowianin w Monachium [część I]](https://sztukipiekne.pl/wp-content/uploads/2020/04/ow_kochanowski-300x187.jpg)