Połowa lutego 1968, Kraków. W niedawno oddanym do użytku Pawilonie Wystawowym BWA (później nazwanym oficjalnie Bunkrem Sztuki) podziwiałem niezwykłe obrazy współcześnie żyjącego artysty. Płótna i kompozycje na deskach Ludomira Sleńdzińskiego (1889–1980) odbiegały krańcowo od tego, co się oglądało na wystawach bieżącej sztuki. Po roku 1956, kiedy oderwano się w najlepsze od socrealizmu, uznano w środowisku, że malarstwo realistyczne i dobry rysunek to relikt. Relikt czego – nie bardzo umiano powiedzieć. W każdym razie w tamtym czasie w krakowskiej elitarnej średniej szkole plastycznej, w której wychowywano przez sztukę, wpajano w nas umiłowanie do malarstwa utrzymanego w tonacjach szarości i beżu, do ascezy rysunku, a przykłady podobnego podejścia do oryginalnej twórczości mieliśmy na ścianach salonów jesiennych i wiosennych w postaci nie bardzo szczerych prac członków związku plastyków, którzy musieli się wykazywać aktywnością, a po skończonych wystawach prace szarawe, kiepsko komponowane, w tym najzwyklejsze, źle narysowane bohomazy, podlegały komisji zakupów i wędrowały, via ministerstwo, do biur i urzędów jako ozdoby gabinetów dyrektorów i sal konferencyjnych. Na tle wykoślawionych abstrakcji i wrażeniowych kompozycji w kolorze świeżo użytej szmaty cały Pawilon Wystawowy, niespodziewanie wypełniony realistycznym malarstwem, świetnym pod względem formy, zdawał się kolorowym snem.

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) "Portret Amelii Brzozowskiej", 1939 rok, źródło: Agra-Art

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) „Portret Amelii Brzozowskiej”, 1939 rok, źródło: Agra-Art

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) "Portret Laryssy Janowicz z d. Chrzanowskiej", 1939 rok, źródło: Desa Unicum

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) „Portret Laryssy Janowicz z d. Chrzanowskiej”, 1939 rok, źródło: Desa Unicum

Nadszedł marzec 1968, między Pawilonem Wystawowym a Collegium Novum milicja wspólnie z tzw. aktywem robotniczym pałowała studentów, szybko zapomniano o wystawie. Nie miała szans na odrodzenie pamięć o przedwojennym Ludomirze Sleńdzińskim, głównej postaci neoklasycyzmu wileńskiego, artyście, który już na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku walczył z dyletantyzmem w sztuce, nawoływał młodych twórców do świadomej pracy twórczej. Z założonej przezeń szkoły rysunkowej wyszło kilkaset osób z nabytą umiejętnością rysowania. Uczył także rysunku w wieleńskim Gimnazjum im. Króla Zygmunta Augusta, wspominał go z atencją były uczeń Czesław Miłosz. Współtworzył Wileńskie Towarzystwo Artystów Plastyków, któremu prezesował, brał czynny udział w pracach i wystawach Stowarzyszenia Artystów Polskich „Rytm”. Co najmniej pół roku pracował nad jednym portretem w swojej wytwornej pracowni, gdzie na licznych sztalugach stały rozpoczęte obrazy, a w głębi, niczym w pracowni alchemika, widniały retorty, menzurki i moździerze; artysta sam robił farby, sam również komponował ramy do swoich wycyzelowanych obrazów. Można powiedzieć, że w powstających w XX wieku obrazach Sleńdzińskiego odbijali się, jak w lustrze, mistrzowie Quattrocenta, których dzieła oglądał i w europejskich muzeach podczas studyjnych podróży.

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) "Portret córki na tle Tatr", 1939 rok, źródło: Desa Unicum

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) „Portret córki na tle Tatr”, 1939 rok, źródło: Desa Unicum

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) "Portret Danuty Wyrwicz-Wichrowskiej", 1934 rok, źródło: Desa Unicum

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) „Portret Danuty Wyrwicz-Wichrowskiej”, 1934 rok, źródło: Desa Unicum

Całe życie Ludomira Sleńdzińskiego było związane ze sztuką. Przyszłej pierwszej żonie, Irenie, oświadczył się nie gdzie indziej, tylko w Warszawskiej Zachęcie, pod Batorym pod Pskowem Jana Matejki. Działo się to w roku 1924, a sentymentalny artysta po latach, w 1966, przedstawi tę scenę w Autobiografii, zespole obrazów malowanych na dębowych deskach. To był ślad wzlotów i tryumfów artysty. W 1928 roku zdobył prestiżową nagrodę Polskiej Akademii Umiejętności za portret. Żona z obrączką, ten właśnie obraz, znajdujący się, z daru córki artysty, w Galerii im. Sleńdzińskich w Białymstoku, dzięki tajemniczości portretowanej i wysokiej klasie artystycznej jest nazywany białostocką Moną Lisą. Coś, co było istotą twórczości Ludomira Sleńdzińskiego, ujął esencjonalnie Mieczysław Wallis, pisząc, że artysta „usiłuje zrewindykować skarby umiejętności malarskiej, nagromadzone w ciągu wieków i roztrwonione przez epigonów impresjonizmu. (…) Wznawia ideał malarstwa monumentalnego, odznaczającego się największą doskonałością wykonania i posługującego się materiałami najszlachetniejszymi i najtrwalszymi. Wskrzesza miłość płynnej melodyjnej linii i pełnego okrągłego kształtu, precyzyjnego rysunku, jasnej i spokojnej kompozycji. Przede wszystkim zaś – wskrzesza miłość pięknych kształtów ludzkich.”. Nigdy nie był natomiast pięknoduchem. Dla tak gorących tematycznie, patriotycznych kompozycji, jak wysmakowany kolorystycznie obraz Piłsudski pod Wilnem (1927 r.) , przerywał prace nad portretami kobiecymi. Kim był wobec tego twórca tyleż inteligentnie skomponowanego na kwadracie, ile efektownego kolorystycznie, pełnego światła i ruchu, pozornie tylko rodzajowego płótna Gra w guziki, w którym również dzięki znakomitemu warsztatowi osiągnął mistrzostwo w oddziaływaniu na psychikę widza, w sugestywnym, choćby na chwilę, zagarnięciu jego duszy?

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) "Para obrazów z cyklu Dzień królewny, 1943 r", 1943 rok, źródło: Desa Unicum

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) „Para obrazów z cyklu Dzień królewny, 1943 r”, 1943 rok, źródło: Desa Unicum

Z wileńskiej rodziny malarzy od kilku pokoleń, po solidnych studiach w Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu, po perypetiach I wojny światowej Sleńdziński korzystał ze swej pozycji wybitnego malarza. Wyjeżdżał, żeby malować plafon w Prezydium Rady Ministrów w Warszawie, za honorarium odbywał podróże do Włoch i do Francji. Objął kierownictwo katedry malarstwa monumentalnego na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, na wydziale sztuk pięknych, utworzonym przez Ferdynanda Ruszczyca. W 1938 roku mianowany przez prezydenta Rzeczypospolitej profesorem zwyczajnym, pełnił funkcję dziekana. W czasie II wojny światowej utracił piękne mieszkanie w Wilnie, niebawem został osadzony w obozie ciężkich robót w Prawieniszkach pod Kownem. W 1945 skorzystał z zaproszenia Adolfa Szyszko-Bohusza z gwarancją zatrudnienia i mieszkania; znalazł się w Krakowie. W Akademii Górniczej otrzymał posadę na Wydziale Architektury, po przekształceniach pracował na Politechnice, tam pełnił funkcję prorektora, a trudnych latach 1954–1956 rektora. Decyzje związane z polityczną poprawnością nie wpłynęły na charakter jego twórczości.

Co chciałem przez to powiedzieć? A, że Ludomir Sleńdziński był od roku 1947 w partii. Najpewniej ominęłyby go zaszczytne funkcje i życiowe wygody, gdyby trwał poza układem. Nie działał żywiołowo, musiał rozważyć swoją sytuację. Był od dziada pradziada artystą, artyście trudno wyżyć bez mecenasa. Wybrał pewien kompromis. Nie nam dzisiaj dociekać. Tak czy inaczej, nie tylko w sensie metaforycznym nie zakopywał talentów. Nie pozostawił obrazów, kiedy na zawsze opuszczał rodzinne Wilno. Eksponował je wraz z nowymi, stale powstającymi, na wystawach zarówno w Polsce, jak i w 1973 roku Leningradzie, co ciekawe, w gmachu dawnej petersburskiej Akademii, w której studiował za cara. Tam odbyła się, we współpracy z Muzeum Narodowym w Warszawie, wielka wystawa monograficzna Sleńdzińskiego.

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) "Dama z koralami" ("Portret Haliny Dąbrowskiej"), 1923 rok, źródło: Desa Unicum

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) „Dama z koralami” („Portret Haliny Dąbrowskiej”), 1923 rok, źródło: Desa Unicum

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) "Nad jeziorem", 1934 rok, źródło: Polswiss Art

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) „Nad jeziorem”, 1934 rok, źródło: Polswiss Art

Gdyby był poza układem, nie mógłby liczyć także na udział w  ważnej wystawie w warszawskiej Zachęcie. W 1960 roku był tam jednym z trzech: Antoni Kenar, zmarły w 1959, zdecydowanie gwiazda; Jacek Sempoliński – gwiazda wschodząca, natomiast Sleńdziński…? W szale wyzwolonego abstrakcjonizmu, w rozgłosie malarstwa materii, wciąż tworzący artysta został potraktowany wprawdzie życzliwie – ale jako relikt, zabytek. Krytycy zauważali perfekcyjny warsztat malarza, grymasząc, ze to poza tym archaizm. Jedynie Elżbieta Sztekker zauważyła twórcze poszukiwania artysty, twierdząc, że „jest ciągle pełen świeżości”, ale nie była ona krytykiem tak głośnym jak Danuta Wróblewska, która skwitowała swe wrażenia stwierdzeniem, że to jest „stare malarstwo, dziś zapóźnione”. Ignacy Witz, dżentelmen, wybrnął wprawdzie pisząc, że sztuka Sleńdzińskiego jest „poza dyskusją” i „ma miejsce w kulturalnym organizmie”. Co nie znaczyło, że nie oddał bakszyszu ówczesnym artystycznym elitom, które awangardę przekuły na program, tak poklepując sędziwego malarza: „Entuzjazm dla wczesnego renesansu, fanatyzm linii, dokładność realistycznego rysunku, wierność naturze, stylizacja, to już dziś tradycja i przeszłość”. Od tamtej chwili upłynęły sześćdziesiąt dwa lata. O ówczesnej modnej, sztucznie napędzanej „awangardzie” zapomniano, obrazy Ludomira Sleńdzińskiego ocalały, wyszły z cienia, są w cenie.

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) "Po koncercie. Portret córki artysty", 194a rok, źródło: Agra-Art

Ludomir Sleńdziński (1889-1980) „Po koncercie. Portret córki artysty”, 194a rok, źródło: Agra-Art

 

Źródła:

  • Dariusz Konstantynów, Wileńskie Towarzystwo Artystów Plastyków 1920–1939, Warszawa 2006.

  • K.R. Hryszko, Ludomir Sleńdziński, w: Polski słownik biograficzny, tom 38, Warszawa–Kraków 1997.

  • 20.06 – 10.07. 1960 / Ludomir Sleńdziński / Wystawa prac / Zachęta. Centralne Biuro Wystaw Artystycznych. 

  • Irena Kołoszyńska,  Ludomir Sleńdziński. Pamiętnik wystawy, Muzeum Narodowe w Warszawie, Warszawa 1977.

Autor: Marek Sołtysik

Prozaik, poeta, dramaturg, krytyk sztuki, edytor, redaktor, artysta malarz i grafik, ilustrator, był pracownikiem w macierzystej Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, w której ostatnio sporadycznie wykłada. Od roku 1972 publikuje w prasie kulturalnej. Autor kilkudziesięciu wydanych książek oraz emitowanych słuchowisk radiowych, w tym kilkunastu o polskich artystach, prowadzi także warsztaty prozatorskie w Studium Literacko-Artystycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Ulubiony artysta: Rafał Malczewski.

zobacz inne teksty tego autora >>