„Uprawianie sztuki to nałóg, hazard, zabawa, poznanie, a jednocześnie ratunek przed stresem” – wyznał Jan Tarasin (1926–2009) podczas długiej rozmowy, którą prowadziliśmy w roku 1998 w krakowskiej kawiarni „Krzysztofory”, gdy artysta, profesor warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, zrobił sobie przerwę w urządzaniu retrospektywnej wystawy obrazów, grafik i szkicowników w Bunkrze Sztuki.
„Bywa, że sztuka i jej uprawianie to również masochizm – kontynuował wywód artysta i teoretyk twórczości. – Ktoś przez całe życie zrzuca poprzeczkę, nie może przeskoczyć tyle, ile sobie zamierzył. Co to jest? Determinacja, może obsesja, w końcu może nawet obłęd. Ale jaka to siła! Człowiek w pełnym tego słowa znaczeniu twórczy, choćby do końca nie osiągnął rewelacyjnych rezultatów, umocniony, wspaniale się kształtuje wewnętrznie. Nie należy jednak być bardziej inteligentnym niż się jest zdolnym”.
Jak to rozumieć? Jan Tarasin odpowiadając nie wprost, przytoczył sytuację z pracowni w warszawskiej ASP, gdy utalentowany student, malując radośnie, bez pogłębiania, upomniany przez asystenta: – Zrób coś z tym jeszcze, pomęcz się z tym! – odrzekł: – Gdybym miał się męczyć, to bym w ogóle tego nie robił! Malarstwo ma wymagania! Lecz wymagania ma także mecenas! Wiedział o tym Tarasin, kiedy po gruntownych studiach w Akademii Sztuk Pięknych w pracowniach m.in. Zygmunta Radnickiego, Wacława Taranczewskiego, Zbigniewa Pronaszki i Konrada Srzednickiego, na przełomie 1951 i 1952 wykonał na zamówienie społeczno-polityczne plakat z napisem „BUMELANT to dezerter z frontu walki o pokój i silną Polskę”. Plakat, pod względem plastycznym bardzo dobry – z pomysłowym, syntetycznym rysunkiem, doskonałą kompozycją i w eleganckiej, szaro-łososiowej tonacji – choć niesiony nurtem socrealistycznym, w którego wodach powstawał, wybronił się jednak po latach zarówno dzięki maestrii wykonania i sugestywności wyrazu, jak i przekazem, którym pozostała krytyka odstępcy umykającego od tych z drugiego planu, którzy wspólnym wysiłkiem, cegła po cegle, wznoszą nowy dom. I ten właśnie plakat uczynił Tarasina sławnym. Po latach kariery akademickiej, w 1967, czterdziestojednoletni, postanowił, że już nie będzie wykładał w krakowskiej ASP, opuścił mroczne mieszkanie przy ul. Szlak i wyjechał do Warszawy.
Jan Tarasin (1926-2009) „Pożar”, 1978 rok, źródło: Desa Unicum
Jan Tarasin (1926-2009) „Schody Jakuba”, 1992 rok, źródło: Desa Unicum
Koledzy artyści, ceniący sobie spokojną i godną pracę na uczelni, mniemali, że Tarasin zapewnił sobie w Warszawie podobną posadę. Toteż cenionego, ale jeszcze nie sławnego malarza osądzono jako kogoś co najmniej wyjątkowo nierozważnego, gdy ze stolicy doszły wieści, że on „nic nie robi”, tylko maluje w domu. Zaryzykował. Poświęcił się malarstwu, które, jak wyżej zauważyliśmy, wymaga! Stał się sławny nie jako plakacista, lecz jako artysta malarz, a rozgłos osiągnął po tym, gdy wystawił rezultat siedmioletniej konsekwentnej pracy twórczej w czterech ścianach. Udało mu się to w Warszawie, gdzie – w przeciwieństwie do towarzyskiego wówczas Krakowa – można było w ciągu półrocza nikogo znajomego nie spotkać. Zdeklarował się jako malarz świata przedmiotów już w 1968 na wystawie indywidualnej w piwnicy Krzysztoforów (był już wtedy członkiem elitarnej awangardowej II Grupy Krakowskiej) i w 1975 w stołecznej Galerii Sztuki Współczesnej „Zapiecek”. Doskonale zakomponowane obrazy olejne, wykwintne kolorystycznie, z finezyjnymi przejściami walorowymi i zastanawiająco harmonijnymi kontrastowych barw, budziły pozytywne emocje i wywołały ważny odzew krytyki. Jan Tarasin wrócił do pracy pedagogicznej. W Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie po śmierci Aleksandra Kobzdeja przejął w roku 1974 studentów mistrza, którego kariera, podobnie jak jego, rozpoczęła się od spektakularnych osiągnięć w guście socrealizmu. Profesor Tarasin wykształcił kilka pokoleń twórców, od 1984 był rektorem z pierwszych wolnych wyborów. Oryginalny i rozpoznawalny bez względu na technikę (olej, gwasz, akwarela, kredka) drąży temat sekretnego życia przedmiotów. Nawet jeśli przedmiot staje się w jego obrazowaniu symbolem, to symbol jest jedyny w swoim rodzaju i zdecydowanie coś znaczy. Co? To już tajemnica, obecna w dziełach jeśli nawet nie najwybitniejszych, to na pewno autentycznych.
Jan Tarasin (1926-2009) „Kompozycja”, 1995 rok , źródło: Connaisseur
Jan Tarasin (1926-2009) „Deszcz”, 1964 rok, źródło: Desa Unicum
Jakie były początki? Będąc młodym chłopcem wierzył, że skonstruuje wehikuł: skrzyżowanie jednośladu z samolotem. W czasie okupacji czternastoletni, przy lampce naftowej, robił drobiazgowe rysunki techniczno-fantastyczne. Urodził się w Kaliszu. Matka historyk, ojciec matematyk. Rodzina przechowywała rysunki i obrazy pradziada – pana, który malował dla przyjemności. Wyciąganie na światło dzienne tych dzieł sztuki to było dla Jana misterium. Te domowe obrazy porównywał z reprodukcjami płócien Cezanne’a i akwafort Rembrandta. Z płonącego domu Tarasinowie uciekli… na Wołyń. Nie zastali znajomego ojca, który wcześniej zawsze serdecznie ich tam gościł – został zmobilizowany. W dworku tylko kobiety i dzieci. Ruszyli dalej i ulokowali się w Sarnach na Polesiu. Gdy uciekli bolszewicy i nastali Niemcy, Jan pracował jako ogrodnik, fabrykował gilzy do papierosów, później wystawiał faktury w firmie drobiarskiej, wreszcie został meliorantem w zakładzie doświadczalnym wyrabiającym torf. Właściciel, Niemiec z Królewca, widząc w młodym Tarasinie-wynalazcy dobrego technika budowlanego „przesunął go” wraz z rodziną do swojej filii na Kurpiach. Jesienią 1944 ojca przyszłego artysty osadzono w niemieckim hitlerowskim obozie koncentracyjnym w Działdowie. W styczniu 1945 został on rozstrzelany przez wycofujących się hitlerowców. Wdowa z córką i synem zamieszkali w Olkuszu, rodzinnym mieście ojca, tam Jan uzyskał maturę w Liceum Ogólnokształcącym i. Króla Kazimierza Wielkiego. Z bagażem złych przeżyć i z umiejętnością rysowania, rozwiniętą przez olkuskiego artystę i pedagoga, Bronisława Grzywacza, ucznia Stanisława Wyspiańskiego, zjawił się w Krakowie, rozpoczął studia w ASP. W uczelniach artystycznych bywają szczególne roczniki iskrzące się od talentów. Na roku z Tarasinem studiowali m.in. Andrzej Wróblewski, Walerian Borowczyk, Andrzej Wajda, Konrad Nałęcki, Jerzy Tchórzewski, późniejsi wybitni malarze, graficy i reżyserzy. Gdy ćwierć wieku temu rozmawiałem z Janem Tarasinem, był on sławny, rozchwytywany. Jego twórczość omawiali świetni krytycy. Zdołałem się zorientować, że maluje po kilka obrazów na raz. Próbował mi to wyjaśnić: – Czasami człowieka zatka. Wtedy bierze się nowe płótno, pracuje się nad nowym obrazem, a potem łatwiej wraca się do rozpoczętego. To nie nazwany cykl, którego nie powinno się przerywać. Niekiedy wielkie święto – gdy wizja sama spływa. Najprostsze obrazy maluje się najdłużej. Od początku do końca wymyślić obraz i ten wizyjny projekt dokładnie przenieść na płótno – o, to prawie niemożliwe. Zwłaszcza że przecież tak się maluje, żeby po drodze był przypadek. Ale właśnie przypadku – to znaczy tego, co jest istotą rzeczy w prawdziwym procesie tworzenia – nie można uzyskać na siłę. Styk przypadku z koniecznością – tak bym zdefiniował proces tworzenia”.
Jan Tarasin (1926-2009) „Przedmioty”, 1968 rok, źródło: Desa Unicum
Jan Tarasin (1926-2009) „Narodziny przedmiotów XXVI”, 1993 rok, źródło: Polswiss Art
W dzieciństwie zrywał się z łóżka i potem nie mógł zasnąć. „Budził się ojciec: – Co ty, chory jesteś?”.
Nie. Roztrząsał – i do dziś zgłębia ten problem: „Pan Bóg wszystko wie. Jak On wie, że ja do piekła pójdę – to koniec! Ale przecież On już wie… Czy wszystko jest zapisane, czy tylko wyrywkowo, przypadek? Co za mechanizm. Pasjonujące, najlepszy kryminał!”. Pisał o Tarasinie wyłącznie na podstawie jego prac recenzent „Neue Westfalische Bielefelder Tageblatt”: „Można go nazwać buchalterem Boga, który opracowuje niekończący się rejestr wszystkiego, co jest dane – księgę natury, a więc niekończące się zadanie”. Ludzie mówią o gorącej magii obrazów Jana Tarasina: chciałoby się mieć je w domu, żeby były wśród nas. A przecież malarz życia przedmiotów nigdy nie wykonał zalotnego gestu w kierunku widza. Gdzie tajemnica? Bo przecież sama doskonałość nie przyciąga. Przeciwnie. Rozmawiałem o tym z twórcą, który z podróży stypendialnych do Chin i Wietnamu przywiózł fascynację sztuką Dalekiego Wschodu. Irytowało go, gdy słyszał, że jego obrazy są „przyjemne dla oka”. To dla malarza za mało.
– Poskrobać – mówił – po to, żeby zobaczyć, co będzie głębiej. – Pocieszał się, że podobnie jest odbierana klasyczna sztuka chińska. Pierwsze wrażenie: cudnie efektowna dekoracyjność. Dopiero przy wnikliwym spojrzeniu otwieramy szeroko usta, dziwiąc się, że jest w ogóle możliwe takie wyrafinowanie formalne!
Jan Tarasin (1926-2009) „Sytuacja”, 1986 rok, źródło: Polswiss Art
Stanisław Żukowski (1873-1944) „Pejzaż z Puszczy Świsłockiej”, ok. 1930 rok, źródło: Rempex
Źródła:
- Notatki i nagrania z prowadzonych osobiście rozmów z Janem Tarasinem.
Autor: Marek Sołtysik
Prozaik, poeta, dramaturg, krytyk sztuki, edytor, redaktor, artysta malarz i grafik, ilustrator, był pracownikiem w macierzystej Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, w której ostatnio sporadycznie wykłada. Od roku 1972 publikuje w prasie kulturalnej. Autor kilkudziesięciu wydanych książek oraz emitowanych słuchowisk radiowych, w tym kilkunastu o polskich artystach, prowadzi także warsztaty prozatorskie w Studium Literacko-Artystycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Ulubiony artysta: Rafał Malczewski.
zobacz inne teksty tego autora >>











