Kiedy w roku 1964 przyjechałem na stałe do Krakowa, oglądałem dzieła sztuki nie tylko w muzeach, lecz także w antykwariatach, komisach i składach starych mebli, licznie rozsianych na Starym Mieście. Nie było salonów dzieł sztuki, w których brakowałoby obrazów Alfonsa Karpińskiego. Kwiaty, przede wszystkim róże, z martwą naturą w postaci wykwintnej porcelany, dyskretnie wtopionej w tło. To już nie artysta wstawiał do komisów swoje dzieła, malowane głównie na tekturze, o powierzchni raczej matowej niż połyskliwej (blask mieścił się w przedstawianych przedmiotach), ponieważ o trzech lat już nie żył. Czy pozostawił aż tak wiele, czy może skorzystali z okazji drobni fałszerze? Malarz owdowiał sześć lat przed śmiercią, nie pozostawił potomstwa, może więc aż tyle prac malarskich odnaleziono podczas opróżniania mieszkania i pracowni Karpińskiego przy ul. Floriańskiej? W 1961, w roku śmierci osiemdziesięciosześcioletniego artysty, „już się tak nie malowało”. W środowisku plastycznym uważane były za anachronizm realistyczne martwe natury, subtelne zestawienia kolorystyczne, przedmioty przedstawiane bez śladów deformacji. Cóż, ktoś słusznie doszedł do wniosku, że obrazy Alfonsa Karpińskiego znajdą amatorów wśród lekarzy, adwokatów, w ogóle ludzi wolnych zawodów, którzy spokojnym malarstwem udekorują swoje poczekalnie i gabinety. Opowiadała mi gwiazda kina niemego i malarka Carlotta Bologna, jakim wytchnieniem były dla niej w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku wizyty na trzecim piętrze w kamienicy przy ul. Floriańskiej, gdzie mieściła się pracownie Karpińskiego. Dlaczego? Dlatego m.in., że malarz w tym czasie był poza układami towarzyskimi i akademickimi, tak jak przed wojną żył z własnej twórczości, nie stawał w szranki ani z przedstawicielami realizmu socrealistycznego, ani po 1955 z abstrakcjonistami i taszystami. Obcowanie z nim stanowiło gwarancję spokoju. Minął wprawdzie czas jego najwyższych lotów i ważnych twórczych uniesień, ale nadal, wrażliwy na piękno i współodczuwający, żył zgodnie z własnym rytmem twórczym i bez buntu na nieuchronne prawa biologii. „Gdy nadchodzi wiosna, co parę dni kupuję pęki róż, bez których nie mogę się wprost obejść – pisał w roku 1950 w manuskrypcie wspomnień. – One są dla mnie szkołą kolorytu, ich subtelnym tonacjom zawdzięczam bardzo wiele. Nikt nie uwierzy, ile subtelnych odcieni i półtonów mieści się w jednym kwiecie róży”.
Alfons Karpiński (1875 – 1961) „Martwa natura z japońskim puzderkiem”, źródło: Connaisseur
Alfons Karpiński (1875 – 1961) „Maki”, źródło: Sopocki Dom Aukcyjny
Dopiero trzy tygodnie po jego śmierci ukazała się na ostatniej stronie krakowskiego „Dziennika Polskiego” maleńka wzmianka o artyście, który od ponad siedemdziesięciu lat mieszkał w Krakowie. Anonimowy dziennikarz pisał o jego obrazach, że są „wielką afirmacją urody świata”. Nie omieszkał dodać: „Wraz z jego śmiercią zakończyła się jedna z linii polskiej sztuki, ta mianowicie, która tkwiła jeszcze żywo w tradycji końca XIX wieku”. Czyżby zapomniał, a może nie znał paryskiego okresu w twórczości artysty, kogoś, kto – szanując prawa rysunku i oddając sprawiedliwość naturze – z początkiem drugiego dwudziestolecia XX w. eksperymentował odważnie i z doskonałym rezultatem nad kompozycją portretów i półaktów? Czy naprawdę nie warto było o tym wspomnieć? Oj, raczej nie pasowałoby do czasów, w których przez chwile było w dobrym tonie wyzbywanie się secesyjnych mebli, ram i precjozów rzemiosła artystycznego na rzecz dekorowania mieszkań przedmiotami z Cepelii i meblościankami zajmującego niewiele miejsca. Stąd obrazy Karpińskiego w komisach i w handelkach starzyzną. Czy nie szkoda było twórczej drogi artysty? Jak to było? Prześledźmy.
Alfons Karpiński (1875-1961) „Kawiarnia paryska”, 1911 rok, źródło: Polswiss Art
Alfons Karpiński (1875-1961) „Ulica paryska”, 1911 rok, źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie
Alfons Karpiński junior (ojciec, także Alfons, był sędzią) urodził się w roku 1875 w Rozwadowie (dziś w granicach Stalowej Woli). W roku 1885 zamieszkał z rodziną w Krakowie, gdzie nadal się uczył i dodatkowo pobierał naukę rysunków u Józefa Bogackiego, malarza i nauczyciela przy wyższej szkole realnej i gimnazjum im. Sobieskiego. Od 1891 studiował – otrzymując nagrody i wyróżnienia – w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych. Od zajęć pod kierunkiem Władysława Łuszczkiewicza, byłego profesora Matejki, rówieśników Matejki, Floriana Cynka, Izydora Jabłońskiego, wreszcie malarza swobodnego, acz przemyślanego i nieodwołalnego gestu Leona Wyczółkowskiego, na rok oderwała Karpińskiego służba wojskowa. W stopniu oficera wrócił do cywila i uczęszczał do Szkoły Sztuk Pięknych jeszcze do roku 1899. Jednocześnie, wdrażając się do pracy artystycznej, która daje utrzymanie, kopiował obrazy mistrzów flamandzkich na zamówienie oraz projektował pocztówki. Po studiach wykonał fryz w mieszkaniu prywatnym w Krakowie, odnawiał i przemalowywał obrazy w kościele franciszkanów w Krośnie. Od roku 1903 uzupełniał w Monachium studia we wspaniałej prywatnej szkole malarstwa Antona Ažbégo, wybitnego, acz mało produktywnego słoweńskiego artysty, który potrafił obudzić w studentach płci obojga, już świetnie rysujących, odwagę w kształtowaniu malarskiej formy zdecydowanymi uderzeniami pędzla. W latach 1904–1907 studiował w pracowni świetnego portrecisty Kazimierza Pochwalskiego w Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, robił wypady do muzeów Budapesztu i Drezna. Ważnym etapem na drodze dojrzałości twórczej artysty stał się jego pobyt w Paryżu w latach (jak podają poważne źródła, co za chwilę będę musiał podważyć) 1908–1912. Tam powstały ważne dla polskiej sztuki dzieła Alfonsa Karpińskiego, odważne kompozycyjne, z pozoru nawet karkołomne. To mistrzowskie płótna portretowe z udziałem modelki Jane.
Alfons Karpiński (1875-1961) „Jane z japońską laleczką”, źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie
Alfons Karpiński (1875-1961) „Modelka Jane”, źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie
Jane – modelka paryska, całopostaciowy portret w pasiastej sukni, w którym błękitne pasy zostały namalowane przez artystę bezpośrednio na zagruntowanym płótnie służącym za biel, brawurowo, bez udawania, że się modeluje materiał na kobiecym ciele, celowo z zaznaczeniem takiej szkicowości, jaka wystarcza za wykończony obraz – to świadectwo nie tylko olbrzymiej śmiałości artysty i dowód opanowania sztuki malarskiej, lecz także – a może przede wszystkim – rozultat osiągnięcia wysokiej świadomości twórczej. Otwarta kompozycja dużego, jak wyżej wymieniony, obrazu Jane z japońska laleczką otwiera dla nas drzwi paryskiej pracowienki Karpińskiego w dzielnicy łacińskiej, gdzie zadomowił się i oklapł wiklinowy fotel, w którym swobodnie zagłębiła się młoda kobieta w dezabilu i w ciemnych pończochach. Ona to, Jane, ówcześnie stała, ulubiona modelka Karpińskiego, widziana jest z góry i wygląda na to, że malarz stanął ze sztalugą na wysokim podium, które zwykle służyło modelkom. Malowana więc niemal z lotu ptaka, bawiąca się tą japońską laleczką, modną w okresie wchodzenia japońszczyzny do kulturalnej Europy, rozwali, myślę, gdy wstanie, ramy płótna. Rzec by można: aż tyle tam jej jest. To jedno, a drugie: portret jest wykwintny kolorystycznie i to równoważy ten więcej niż rozmach kompozycyjny. Biele, wytworne tony perłowe, szarości i ziemne beże z akcentami jaśniutkiego fioletu na wstążce halki, kraplaku stroju laleczki, wreszcie czerń włosów lalki korespondująca z gęstwą ciemnobrunatnych włosów Jane stanowią o klasie dziwnego a uroczego portretu.
Alfons Karpiński (1875-1961) „Au Café concert”, 1907 rok, źródło: Sotheby’s
Teraz niespodzianka. 15 czerwca 2004 roku na aukcji w Sotheby’s pokazano kompozycję figuralną Alfonsa Karpińskiego Concert Au Café. Pochodzący ze zbiorów niemieckiego kolekcjonera obraz olejny sygnowany i datowany 1907 na płótnie o wymiarach 113 × 198 cm, został wówczas sprzedany za 38 400 GBP. Z tego wynika, że artysta przebywał w Paryżu już w roku 1907 i namalował tam wtedy dzieło wybitne. Pierwszy plan to dobrze oświetlona kobieta i w cieniu jej głowy mężczyzna, pogrążeni w intymnej rozmowie przy stoliku z zastawą stanowiącą pyszną martwą naturę. Biel sukni głównej postaci znajduje odpowiednik w srebrzystych, chłodnych światłach szeregu kinkietów w tle mrocznej sali, z której wyłaniają się białe gorsy i w którą się wtapiają czarne fraki i cylindry. Ten znakomicie namalowany obraz wprawdzie nie ma jeszcze szalonego rozmachu późniejszych o rok i dwa kompozycji, ale mimo kolorystycznych ostrożności nosi cechy dzieła wybitnego, a choć niezależnego od dokonań takich gwiazd malarstwa francuskiego jak Manet, Degas, Toulouse-Lautreca, swego czasu doskonale wpisywał się w nurt ich poszukiwań, zdobyczy, wreszcie zaistniałej tendencji, w tym wypadku wróżącej powodzenie rynkowe.
Alfons Karpiński (1875-1961) „Portret żony”, źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie
W Paryżu wprawdzie Karpiński w Académie Willi studiował jeszcze malarstwo w atelier Henri’ego-Jeana-Guillaume’a Martina, lecz był już artystą samodzielnym, z Marcinem Samlickim wyprawił się w podróż Artystyczną do Londynu, a podczas wypadów do Krakowa współpracował autorsko przy przedstawieniach kabaretu Zielony Balonik, raz jeden w życiu podjął – ale tylko na jeden semestr zimowy – pracę pedagogiczną jako nauczyciel rysunku na Wyższych Kursach dla Kobiet im. Adriana Baranieckiego. Zmobilizowany do armii austriackiej z chwilą wybuchu I wojny światowej, już 25 sierpnia ranny w wielkiej bitwie pod Kockiem, po leczeniu i rehabilitacji aż do końca wojny służył w Armii austriackiej przydzielony do Kriegsgräber Abteilung K.U.K. Militär-Kommando Krakau (KGA), mieszczącego się w budynku austriackiego szpitala dla ozdrowieńców na wzgórzu Wawelskim. W grupie dziesięciu malarzy zjeździł należące do Galicji Zachodniej tereny Małopolski, dokumentując powstające cmentarze wojenne i niekiedy projektując szczegóły tumb i kaplic. Cmentarzy, projektowanych przez świetnych architektów austriackich, niemieckich i polskich, powstało czterysta, praca trwała aż do zakończenia wojny. Alfons Karpiński zasiadał także w Komisji Konkursowej, która zatwierdzała projekty cmentarzy. Jego rysunki i akwarele z tego okresu, w tym portrety żołnierzy, były eksponowane w krakowskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych i w Wiedniu. Już w polskim mundurze ożenił się w listopadzie 1918 roku z młodszą od siebie o dwadzieścia pięć lat Władysławą Chmielarczykówną, córką krakowskiego adwokata i konesera malarstwa, Władysława Chmielarczyka, który w imieniu mieszkającej w Paryżu Olgi Boznańskiej administrował jej domem przy ul. Wolskiej (dziś ul. Piłsudskiego). Przyszła żona Karpińskiego była wraz z siostrą w dzieciństwie portretowana przez Boznańską, teraz stanie się wielokrotną modelką męża, odtąd pozującą również do aktów. Był niesłychanie płodny. Miał ambicję utrzymywania domu wyłącznie z czystej sztuki. Uzyskał renomę znakomitego portrecisty. Portret aktorki Janiny Zarzyckiej (wszedł za życia artysty do zbiorów MNK), wcześniejszy portret Jadwigi Turowiczowej, w dwudziestoleciu międzywojennym portrety zasłużonych postaci, m.in. historyka Jerzego Mycielskiego, Feliksa Koperę, najdłużej urzędującego dyrektora Muzeum Narodowego w Krakowie, prezydenta Krakowa Karola Rollego, mecenasa sztuki Edwarda Raczyńskiego, aktora Ludwika Solskiego (nagroda Miasta Krakowa w 1938 i nagroda Instytutu Propagandy Sztuki w 1938), prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego. W czasie okupacji malował damy, które stać było na oryginalny portret, po wojnie nie stracił klienteli, oficjalnie wsławił się znakomitym pod względem kolorystycznym portretem pisarza Henryka Worcella.
Alfons Karpiński (1875-1961) „Portret pani Sch.”, przed 1959 rokiem, źródło: Sopocki Dom Aukcyjny
Alfons Karpiński (1875-1961) „Portret Pani J”, 1952 rok, źródło: Sopocki Dom Aukcyjny
W listopadzie 1955 roku odwiedził owdowiałego od trzech tygodni artystę w jego pracowni przy Floriańskiej znany krytyk sztuki Konrad Winkler. Starsi panowie z tego samego pokolenia mówili nie tylko o przeszłości. Alfons Karpiński miał na sztalugach wiele pozaczynanych obrazów. Po wizycie pisał Winkler m.in.: „Karpiński ma opinie malarza kobiet. Tymczasem najmocniej, najbardziej po malarsku wypowiedział się w portretach męskich, które stanowił prawdziwą ozdobę jego zbiorowej wystawy w Pałacu Sztuki w październiku 1949. Wspomniane portrety Mycielskiego i Solskiego uderzają harmonijną grą zgaszonych tonów o skali zwężonej… Jest w tych malowidłach spokój, dystans i wewnętrzne skupienie artysty, jest szczerość i bezpośredniość malarskiego widzenia. Nawet w portretach kobiecych [w których, jak wywodzi, wypada schlebiać modelce będącej klientką] udało się artyście ujawnić niezaprzeczalny kunszt. Takim jest portret malarki Bologny. W kompozycji tej naturalna, niewymuszona poza i dyskretna gra stonowanych szarości w tle, głęboki to aksamitnej czerni z przeciwstawieniem bladego różu – korzystnie mówią o twórczych możliwościach Karpińskiego w zakresie realizmu portretowego”.
Alfons Karpiński (1875-1961) „Portret malarzy w Jamie Michalikowej”, ok. 1905 rok, źródło: Muzeum Narodowe we Wrocławiu
PS Mówiąc o sztuce portretowej Alfonsa Karpińskiego nie sposób nie wspomnieć o jego obrazie Portret malarzy w Jamie Michalikowej, powstałym około 1905. Muzeum Narodowe we Wrocławiu właściwie i zgodnie z prawdą podpisało wszystkich figurujących na nim przedstawionych malarzy młodopolskich, nie wiadomo więc, dlaczego na portalu „Niezła sztuka” pierwszego artystę z lewej, którym jest Karol Frycz, przedstawiono jako Stanisława Dębickiego i na odwrót, Fryczowi kazano być Dębickim. Autor ambitnego tekstu skupił w dodatku spory fragment narracji na fizjonomiach dwóch artystów, od początku mijając się z prawdą. Napomykam o tym, ponieważ widzę, że inne portale poszły za tym błędnym śladem.
Źródła:
-
Irena Żera, Alfons Konrad Karpiński, hasło w III tomie Słownika Artystów Polskich, Wrocław, Warszawa, Kraków, Gdańsk 1979
-
Alfons Karpiński, Wspomnienia, 1950, rękopis, biblioteka Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk; zbiory specjalne
-
„Dziennik Polski”, Kraków, nr z 29 czerwca 1961 (nota niesygnowana)
-
Cmentarz Rakowicki w Krakowie, lokalizacja grobów
-
Artur Schroeder, Alfons Karpiński, „Sztuki Piękne”, nr IV1927/1928
-
Franciszek Klein, W pracowni Alfonsa Karpińskiego, „Czas”, nr 40 1928
-
Konrad Winkler, Z pracowni plastyków. Alfons Karpiński, „Dziennik Polski”, Kraków, nr z 19 listopada 1955
Autor: Marek Sołtysik
Prozaik, poeta, dramaturg, krytyk sztuki, edytor, redaktor, artysta malarz i grafik, ilustrator, był pracownikiem w macierzystej Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, w której ostatnio sporadycznie wykłada. Od roku 1972 publikuje w prasie kulturalnej. Autor kilkudziesięciu wydanych książek oraz emitowanych słuchowisk radiowych, w tym kilkunastu o polskich artystach, prowadzi także warsztaty prozatorskie w Studium Literacko-Artystycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Ulubiony artysta: Rafał Malczewski.
zobacz inne teksty tego autora >>














