Jedyny polski artysta, który pozostawił ponad sto kompozycji figuralnych i szkiców malarskich dotyczących martyrologii zesłańców syberyjskich i osiedleńców, to Aleksander Sochaczewski (1843–1923). Syn szameca, sługi bóżniczego, zmienił nazwisko z Lejb Sonder (lub Sander) i był po przerwanych studiach rabinicznych jednym z najzdolniejszych uczniów Józefa Simmlera w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych, kiedy w nocy z ostatniego dnia sierpnia na 1 września 1862 w jego mieszkaniu z pracownią na poddaszu przy ulicy Chmielnej zjawili się żandarmi i agenci ochrany. Młody malarz, intensywnie działający w ruchu niepodległościowym, latem 1862 przygotowywał do powstania podwarszawską ludność. Został zadenuncjowany przez dwóch uczniów szkoły w Kołbieli pod Otwockiem, którzy rozlepiali otrzymane odeń afisze patriotyczne i odezwy. Późniejszy twórca cyklów wstrząsających obrazów o tematyce martyrologicznej nie zdołał uciec, zdążył jednak postrzelić żandarma. Rewizja, prowadzona w obecności agentów carskiej ochrany, wykazała, jak zdumiewająco „niebłagonadiożne”, ba, w najwyższym stopniu przestępcze rzeczy znajdowały się w jego mieszkaniu. Każde ze „znalezisk” znaczyło kolejną karę śmierci. Główny podejrzany nie pomagał śledczym, wręcz przeciwnie, raz po raz wyprowadzał ich w pole, tak że w końcu nikt nie potrafił rozsądnie wytłumaczyć, jakim sposobem on, dziewiętnastoletni, ubogi młodzieniec z głową w chmurach, raz tylko wymieniony pochlebnie w prasowym sprawozdaniu z wystawy malarskiej w miarę jeszcze wolnej przed powstaniem styczniowym Szkoły Sztuk Pięknych, utrzymywał mieszkanie, pracownię i stryszek w kamienicy w centrum Warszawy. Za studia, farby, także trzeba było płacić. Kto mu pomagał?

Aleksander Sochaczewski, fot. POLONA

Aleksander Sochaczewski, fot. POLONA

Małomówny i skryty – takich informacji Sochaczewski nigdy nikomu nie udzielał, ani ich nie pozostawił. Zadbał o zniszczenie śladów, można by rzec, personalnych. Przecież już raz za to, że za słabo pozacierał ślady, miał zapłacić głową. Gdy już był pod szubienicą, odczytano rozkaz carski o zamianie kary śmierci „buntowszczika”, (który jako niepełnoletni nie podlegał stryczkowi), na dwadzieścia dwa lata zesłania na Syberię. Wracając do wielowątkowego, żmudnego śledztwa poprzedzającego wyroki: ciągnęło się ono nieudolnie. Sam podejrzany, który po odkryciu przez służby carskiej na użytkowanej przez niego części stryszku kompromitujących broszur, patriotycznych odezw, wywrotowej bibuły, powielaczy, arsenału broni palnej, siecznej i sztyletów do wykonywania wyroków śmierci na agentów i denuncjatorów, potrafił zgrabnie się wykręcić, bez prób obwiniania kogokolwiek. Oczyścił się także z zarzutu usiłowania zastrzelenia żandarma w obecności świadków. Z pewną dozą wisielczego humoru stwierdził, że gdyby chciał zabić, byłby zabił i uciekł, tymczasem strzelał powierzchownie, żeby żandarm mógł potem świadczyć. Skąd bibuła na stryszku, skąd skład form i ołowiu do odlewu nabojów? Malarz podczas niezliczonych zeznań obstawał nieodmiennie przy wersji o tajemniczym przybyszu, który oddał artyście na przechowanie swoje trefne klamoty. Sochaczewski jako depozytariusz miał z nimi tylko tyle wspólnego, ze wziął za przechowywanie pieniądze, których tak bardzo mu było trzeba. Kilkaset stronić zapisów przesłuchań, rezultatów obserwacji. Sochaczewski w trakcie procesu szydził, patrząc sędziemu w żywe oczy, krytykując agentów ochrany za to, ź nie pomyśleli o tak prostej zasadzce jak kocioł! Mieliby szybciutko w garści uczestników spisku: jednego po drugim. Zeznaniami oczyścił także z zarzutów kolegów. Dwadzieścia dwa lata zsyłki! Półtora roku trwała jego wędrówka etapami na miejsce przeznaczenia na Syberii. Kiedy rysował? W osadzie Usole nad rzeką Angarą, a potem w Irkucku, po godzinach pracy – w kajdanach – w kopalni i warzelni soli oraz w biurach i warsztatach na kolei, robił w szkicownikach kilkuminutowe rysunki postaci w ruchu, lub bardziej drobiazgowe – śpiących, konających, umarłych. To jego towarzysze niedoli: okutani w szmaty, które dawno przestały przypominać ubrania. W ich sylwetki było już wtopione cierpienie. Czy na zesłaniu, kiedy juz mógł, po latach, wychodzić popołudniami do miasta. z poluzowanymi kajdanami, wreszcie bez kajdan, zapewne jeszcze nie malował: szkicował tylko. Co jednak powiedzieć na zachowane, pozdzierane z blejtramów, żeby wygodniej je był przechowywać, szkice malarskie? Ano to, że po kilkunastu latach ucisku i mordęgi uśmiechnie się do niego los. Wprawdzie krzywo, ale jednak. Został nauczycielem malarstwa czternastoletniej córki przedsiębiorcy wypłukującego złoto. Zajęcia odbywały się w pałacu kogoś ważnego. Sochaczewski nie wykorzystywał swojej z takim trudem zdobytej „pozycji”, wyrzekł się wszelkich, pożal się Boże, przywilejów, tak jak lata wcześniej, podczas czteromiesięcznego śledztwa, nie wsypał ani jednego kolegi, ani jednego działacza niepodległościowego, nikogo z bliskich z Komitetu Narodowego. Przeciwnie: dbał o to, by każdemu z nich stworzyć alibi. „Nikt u mnie nie bywał, jestem nietowarzyski, mają mnie za odludka – powtarzał – nikt mnie nie odwiedzał, nikogo nie przyjmowałem, stołowałam się w restauracjach i cukierniach”.

Aleksander Sochaczewski (1843-1923) "Portret muzyka", 1908 rok, źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

Aleksander Sochaczewski (1843-1923) „Portret muzyka”, 1908 rok, źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

Aleksander Sochaczewski (1843-1923) "Mojżesz z Dziesięciorgiem Przykazań", 1890 rok, źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie

Aleksander Sochaczewski (1843-1923) „Mojżesz z Dziesięciorgiem Przykazań”, 1890 rok, źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie

Na zesłaniu, wśród polskich polityków i ludzi czynu zbrojnego, „sybiraków”, zesłańców napływających po klęsce powstania styczniowego, także takich, którzy się potrafili na nowym miejscu urządzać, zyskał sobie opinię dziwaka, uważano go za człowieka zarozumiałego, nieprzystępnego. A on tam, przezywany ironicznie Rafaelem Usolskim, wśród śniegów i w kilkudziesięciostopniowym mrozie, w obliczu śmierci coraz liczniejszych zesłańców z odmrożeń, gruźlicy z niedożywienia, bez odpoczynku wprowadzał w życie swój plan. Pokazać światu, zostawić dla historii bolesny kawał prawdy o pogardzie ludzi wobec ludzi. Duże sceny figuralne w pejzażach surowej Syberii, szkice doskonałe, bez wahania rzucone na płótno, często z wielokrotnie powtarzanym motywem, szkice doskonałe i szkice, jak mówiono, „gorzej narysowane” (w tych wypadkach określiłbym je jako ekspresjonistyczne, idące z duchem czasu) i clou – Pożegnanie Europy, kolosalny obraz wielofiguralny, tyleż naturalistyczny z założenia, ile symbolistyczny w sensie oddziaływania. Płótno o wymiarach 750 cm × 350 cm, to realny akt tragedii rozgrywającej się na granicy Europy i dzikiej Azji, a granicę wyznacza rodzaj obelisku. Ogrom pracy ponad siły katorżników i osiedleńców, głównie w kopalniach soli, można sobie uzmysłowić oglądając dzieła Sochaczewskiego (a także czytając jego utwory prozą, opisujące dzieje, tajemnice i losy sybiraków). On sam, który głodował jak inni, i jak inni był poddawany niszczącej sile żywiołów, batoga i knuta, bywał, jak zaznaczyłem, uprzywilejowany. Choć ubogi, sprawiał wrażenie oczytanego, był człowiekiem wysokiej kultury. Przede wszystkim jednak ratował go talent malarski i umiejętność dobrego pisania. Po perypetiach, lepszych i gorszych następstwach dekretów cara, osiadł na stacji Czeremchowo i prowadził – głównie na własną rękę – badania antropologiczne. Został uwolniony po dwudziestu jeden latach Sybiru. Po perypetiach i podróżach po Galicji trasą dworków i resztówek niedawnych towarzyszy niedoli, nieodwołalnie bez prawa pobytu w Królestwie Polskim, został całkowicie oswobodzony w roku 1884. Ożenił się z Różą, córką rabina lwowskiego Bernarda Lövensteina, szwagierką kolegi z warszawskiej wyższej szkoły rabinicznej. Po kilku miesiącach nerwica Sochaczewskiego, jego nieoczekiwane zmiany nastroju, wyrywanie się w nocy z krzykiem ze snu, zamykanie się z pracowni bez jedzenia na całe tygodnie, wreszcie pospolite sceny zazdrości doprowadziły subtelną, wykształconą, twórczą i młodą żonę do załamania. Rozwód orzeczono błyskawicznie. Już wtedy stało się jasne, że czterdziestopięcioletni artysta na zawsze odsunie się od życia. Aleksander Sochaczewski poświęcił cała resztę ziemskiego czasu na utrwalenie aury i szczegółów tego niemożliwego do wytłumaczenia okrucieństwa, które – wprowadzane w życie barbarzyńskimi, acz skutecznymi metodami – służąc męczeństwu i eksterminacji, skutkowało powolną zagładą tych ludzi, których życie, prawem siły i ignorancji, przestało mieć nawet ślad wartości dla organizatorów akcji funkcjonującej przez parę pokoleń i dla wykonawców rozkazów. Sochaczewski, będąc jedną z ofiar, pozostał kronikarzem losu ludzi zniewolonych przez Rosjan.

Aleksander Sochaczewski (1843-1923) "Autoportret", 1890-1910, źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie

Aleksander Sochaczewski (1843-1923) „Autoportret”, 1890-1910, źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie

Jak malował? Pytamy, ponieważ forma i kolor to elementy najważniejsze w pracy artysty plastyka. Tak jest zazwyczaj. Dla Sochaczewskiego nie były to jednak sprawy pierwszorzędne. W studiach postaci zesłańców, młodych kobiet i starych mężczyzn, oraz dozorujących ich Czerkiesów, widać mozół w pokonywaniu trudności wynikających z problemów warsztatowych i haniebnie trudnych warunków podczas wykonywania pracy może mnie twórczej, bardziej dokumentalnej. Po odbyciu kary i powrocie z zesłania Sochaczewski osiadł na dłużej w Monachium, wynajął przestronną pracownię, tam malował m.in. poprzedzone szkicami Pożegnanie Europy: blisko sto postaci naturalnej wielkości, z koniecznością użycia schodów malarskich, nie mówiąc o drabinach. Najważniejsza w obrazie malowanym w tej konwencji była kompozycja. Największy problem polegał na „zebranie do kupy” postaci, pejzażu, bez naruszania malarskiej przestrzeni. Tego głównie, oprócz podstawy, czyli rysunku, oraz rzetelnego warsztatu, opartego na oswojeniu się z tworzywem i wyrobionej umiejętności obserwacji, uczono w Akademii Monachijskiej, zwłaszcza w jej klasach mistrzowskich. Sochaczewski, jeśli nawet uczęszczał na zajęcia, to ostatecznie jako wolny słuchacz, w przeciwieństwie do doskonale wykształconych w Monachium kolegów Polaków, którzy już wtedy cieszyli się ogromnym uznaniem w tamtejszej kolonii artystycznej. Sochaczewski nie przyjechał po naukę – przybył nad Izarę z wizją, z gotową koncepcją twórczości, bo tam były warunki do pracy, do realizacji tego niewdzięcznego, jak się okaże, celu, który sam sobie wytyczył. Obraz za obrazem – z pomocą wnikliwej obserwacji modeli i modelek, których przed Akademią od świtu czatowały masy, do wyboru, do koloru i w sumie niedrogo. Póki za oknem jasno, malowanie z modela, ze szkiców, wreszcie z pamięci artystycznej.. Zazdrośnica-sztuka nie troszczyła się o ofiary. Podróże po Europie, wystawa zorganizowana specjalnie dla jego obrazów w Londynie w 1895 przyniosła mu duży rozgłos. I jeszcze rok później kolejna próba zaczepienia się w rzeczywistości… nieudana i ostatnia. Drugie małżeństwo, zawarte w Brukseli, z Marią Wurm, dzieci, życie w Wiedniu, przenoszenie się do coraz gorszych dzielnic, wreszcie separacja, gdy rodzina o mały włos nie znalazła się na bruku. W rezultacie interwencji prasy austriackiej, alarmującej, że artysta Polak, sybirak, żyje w skrajnej nędzy, powstał komitet pomocy artyście, dzięki ofiarności społeczeństw austriackiego, niemieckiego i Polaków pod zaborami, otwarto konto, nie szczędzono datków, cykl sybirski Sochaczewskiego został wykupiony od komornika, w pięćdziesiątą rocznicę wybuchu powstania styczniowego odbyła się we Lwowie wielka wystawa dzieł artysty, towarzyszyły jej teksty Sochaczewskiego oraz artefakty, łącznie z kajdanami. Artysta, wciąż w biedzie, ani myślał o sprzedaży cyklu obrazów. Pozostawił je w trwałym depozycie lwowskiego Muzeum Jana III Sobieskiego w zamian za dożywotnią rentę. 400 koron miesięcznie to było niemało. Do tematyki syberyjskiej już nie wracał, malował portrety i sceny przedstawiające ludzi opuszczonych. m.in. pozostawioną na sztaludze, nie dokończoną, wstrząsającą kompozycję Listy z kraju. Zmarł w sanatorium w Dolnej Austrii, prochy złożono w Wiedniu.

Aleksander Sochaczewski (1843-1923) "Pożegnanie Europy", 1890–1894, źródło: Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej, Oddział Muzeum Niepodległości

Aleksander Sochaczewski (1843-1923) „Pożegnanie Europy”, 1890–1894, źródło: Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej, Oddział Muzeum Niepodległości

Po dwudziestu trzech latach od śmierci artysty na falach odwilży olbrzymia kolekcja prac Aleksandra Sochaczewskiego, wydobyta z sowieckich magazynów muzealnych wróciła do Polski. Twórczość malarza wyszła na światło dzienne najpierw w formie reprodukcji, a niebawem do stałej ekspozycji – w utworzonym Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej na stulecie powstania styczniowego w 1963. Od marca 1981 w Cytadeli i w Muzeum Warszawy są udostępniane publicznie niemal wszystkie prace artysty.

Źródła:

  • Aleksander Sochaczewski. O Syberii pędzlem i piórem… Album pod redakcją Tadeusza Skoczka z tekstami Małgorzaty Karoliny Piekarskiej i Anny Milewskiej Młynik. Wydawnictwo Muzeum Niepodległosci. Warszawa 2023
  • Helena Boczek, Beata Meller, Aleksander Sochaczewski (18431923): malarz syberyjskiej katorgi: (życie, twórczość i dzieje kolekcji), Warszawa 1993
  • Wiktor Kordowicz, Stefan Król, Stefan Rassalski, Krystyna Liszewska, Aleksander Sochaczewski 1839[sic!] –1923: pamiętnik malarski Aleksandra Sochaczewskiego o polskich i rosyjskich zesłańcach na Syberię, Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej, Muzeum Historii Polskiego Ruchu Rewolucyjnego. Oddział w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej, Warszawa 1964

Autor: Marek Sołtysik

Prozaik, poeta, dramaturg, krytyk sztuki, edytor, redaktor, artysta malarz i grafik, ilustrator, był pracownikiem w macierzystej Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, w której ostatnio sporadycznie wykłada. Od roku 1972 publikuje w prasie kulturalnej. Autor kilkudziesięciu wydanych książek oraz emitowanych słuchowisk radiowych, w tym kilkunastu o polskich artystach, prowadzi także warsztaty prozatorskie w Studium Literacko-Artystycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Ulubiony artysta: Rafał Malczewski.

zobacz inne teksty tego autora >>